Command and Conquer 3… i aż do znudzenia

28 02 2007

Seria C&C zapisała się już złotymi zgłoskami w historii elektronicznej rozrywki. Trzeba przyznać, że zupełnie słusznie. Obok Dune 2 stanowiła swoisty przełom i wielki krok naprzód w obrębie gatunku RTSów. Niestety problem jest dość poważny – od tego momentu NIC się nie zmieniło w strategiach czasu rzeczywistego.

Jeśli ktoś poprosiłby mnie o wskazanie oryginalnego RTSa, niestety nie podołałbym temu zadaniu. Zwracam uwagę, że chodzi o „oryginalnego”, a nie efektownego i grywalnego, bo takich pojawiło się dużo i na pewno pojawi jeszcze więcej. Warto jednak zwrócić uwagę, że wszystkie gry RTS wałkują cały czas ten sam, nudny do bólu schemat. Czy naprawdę nie można wymyślić już nic nowego, unikalnego i wprowadzającego powiew świeżości na zakurzone półki wypełnione bazami i podobnymi jak dwie krople wody oddziałami?

Trzecia odsłona Command & Conquer otrzymała ocenę 90% w czasopiśmie PC Gamer, które zamieściło na swych łamach pierwszą na świecie recenzję C&C. Co więcej, gra została określona jako powrót do korzeni serii. Cóż. Ja tutaj nie widzę żadnego powrotu do korzeni – prędzej powrót do powielanych po raz n-ty utartych schematów. No ale jak zwał, tak zwał.

Wersja demonstracyjna C&C 3 oddaje nam do dyspozycji pierwsze misje z kampanii GDI oraz jedną mapę w trybie skirmish. Dodatkowo twórcy wycwanili się i jakże inteligentnie zablokowali możliwość save’owania gry – nie ma to jak sztuczne wydłużanie czasu zabawy.

Kampania przeplatana jest ciekawymi przerywnikami filmowymi (oczywiście z prawdziwymi aktorami), które wyszły bardzo dobrze – przynajmniej te w demku. Ogląda się je z nieskrywaną przyjemnością. Szkoda tylko, że nie zatrudniono troszkę ładniejszych aktorek.

Po ambitnym i efektownym filmiku przechodzimy do misji i… i robimy dokładnie to samo, co w setkach innych RTSów – nudna rozbudowa bazy, zakupienie całej masy jednostek i puszczenie ich na siedzibę wroga. Koniec. Happy End. Oglądamy następny filmik, znowu budujemy bazę, znowu puszczamy jednostki i znowu koniec. Ile można? Do znudzenia.

O co chodzi? Czy zmiana oprawy graficznej, dodanie nowej fabuły i lekka modyfikacja jednostek to jakaś rewolucja? Owszem, gra jest bardzo przyjemna ale nie wprowadza kompletnie nic nowego. Osobiście już mi niedobrze od kolejnego rozbudowywania bazy, czekania aż wyprodukują się setki jednostek, grupowania ich i puszczania na wroga. Po prostu odwieczny schemat RTSów mnie znudził.

To krótkie demko w pełni pokazało mi całą grę i jestem przekonany, że niczym mnie już nowym nie zaskoczy. Zresztą niczym nie zaskoczyła. Ot dobry RTS, który niczym nie różni się od innych. Jest jak kropla wrzucona do kałuży, o której szybko się zapomina. O C&C3 również bardzo szybko zapomnimy.

Przeszedłem misje, zagrałem w skirmish, ziewnąłem, mlasnąłem, napiłem się herbaty i wróciłem do radosnej rzezi w Gears of War. A wersja demo C&C wylądowało w koszu. Rzekłem.





Angry Nintendo Nerd!

27 02 2007

Od pewnego czasu, bardzo modna stała się ostra, ironiczna krytyka, posypana odpowiednią dawką głupoty, debilizmu, ale też inteligentnych i trafnych komentarzy oraz ciekawych spostrzeżeń. W Polsce prekursorem „fali idiotycznej krytyki” stał się mister Wojewódzki, który pięknie zareklamował swoją osobę w Idolu, a obecnie prowadzi swój jakże ambitny program, gdzie królują tematy z dupy (dosłownie) wzięte.

Serwis Youtube.com (który ślicznie skomentował mój ojciec – „co to za gówno?”) jest miejscem, gdzie różni młodociani krytycy/jackassowi samobójcy/ambitni muzycy/idioci próbują swych sił licząc, że ktoś ich zauważy. Nie zabrakło również osobistości ze świata elektronicznej rozrywki. Kimś takim jest właśnie Nintendo Nerd.

Cechy charakterystyczne naszego bohatera to biała, schludna koszula, obowiązkowo długopisy zatknięte za jej kieszonkę, okulary oraz pad od Nintendo. Nie można zapominać o stosie old-schoolowych gier na konsolę.

Nintendo Nerd należy do wspomnianej przeze mnie wyżej „fali idiotycznej krytyki” – chłopak w sposób iście rozbrajający znęca się nad różnymi znanymi pozycjami na konsolę Nintendo. Warto zwrócić uwagę, że robi to genialnie, dowcipnie i – co najważniejsze – jego uwagi są niezwykle trafne. Jeśli zawsze pragnęliście zrównać z błotem old-schoolowe, nielogiczne i głupie gierki, możecie to teraz zrobić w doborowym towarzystwie. Angry Nintendo Nerd atakuje. Polecam z całego serca!

Oficjalna strona Nintendo Nerd: http://www.myspace.com/thenintendonerd





Przenośna konsolka od Microsoftu?

10 02 2007

Nie, to nie jest sen. Microsoft chce podbić kolejny segment rynku elektronicznej rozrywki – tym razem będzie atakował przedział „mini”, czyli handheldów. Do tej pory Nintendo oraz Sony mogły beztrosko szaleć ze swoimi podręcznymi konsolkami, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo z czeluści dolara wyjrzy kolejny zawodnik.

Sieć oczywiście zapełniła się różnego rodzaju „prototypami” przenośnych konsol od Microsoftu – oczywiście wszystkie to te „prawdziwe” i „jedyne słuszne” opcje. Mam wrażenie, że gdyby Microsoft wypuścił handhelda wyglądającego jak któryś z tych prototypów, to sam wykopałby sobie grób. Zresztą popatrzcie sami.

Tutaj jest mój ulubiony „okaz”. Wprost niesamowicie modne kształty, intuicyjne rozlokowanie przycisków i małe rozmiary składają się na genialną przenośną konsolkę. Nic tylko kupować.

W tym przypadku ktoś się już bardziej wysilił i przerobił ślicznie DSa. Osobna sprawa, że całość prezentuje się dość schludnie – jak to DS. Ciekawe tylko co robi na środku ta klawiatura?

Kolejny prototyp, to pad z doczepionym ekranikiem LCD. Bardzo ambitne podejście do tematu – trzeba przyznać. Szkoda, że już tak ambitnie nie wygląda. Pomijam fakt, że mi się średnio podoba wygląd padów do Xboxa 360.

A tutaj mamy najnowszą wersję handhelda Microsoftu. Wygląda chyba najlepiej z całej gromadki konsolek, a obszar przeznaczony do sterowania troszkę przypomina jedną z komórek Motoroli. Nie zmienia to faktu, że to zapewne kolejny fake.

Jak widać prototypów się namnożyło. Problem jest jeden – nikt jeszcze nie widział tego prawdziwego. Fakt, że Microsoft chce podbić również rynek handheldów nie dziwi. Zaplecze zarówno finansowe, jak i techniczne posiada, a dzięki konsoli Xbox firma pokazała, że na konsolach się zna o wiele lepiej, niż na dziurawych systemach operacyjnych. Pozostaje oczekiwać nadejścia Mini-Xika.





Biznes porno vs HDTV

1 02 2007

Jeszcze nie tak dawno pisałem o problemach, jakie sprawiają najnowsze technologie pracownikom wielkich marketów „nie dla idiotów”. Okazuje się, że nie tylko radośni sprzedawcy na stoiskach z mediami mają kłopoty z wielkim objawieniem, jakim okazała się telewizja wysokiej rozdzielczości – HDTV.

Tak jak większość filmów i producentów z pewnością zaciera ręce z myślą o cudach wizualnych, które będą mogły dobywać się z ekranów telewizorów, tak twórcy filmów erotycznych są w wielkim kłopocie. O ironio!

Okazuje się, że telewizje wysokiej rozdzielczości pokazują… za dużo! Boskie divy, które kręcą swymi bardziej lub mniej zgrabnymi ciałkami na filmach erotycznych mają nie lada problem do zgryzienia, gdyż w HDTV odbiorca od razu zobaczy wszystkie ich – mówiąc dosadnie – „ubytki”, które niska rozdzielczość skutecznie tuszowała. Dodatkową pracę mają biedni panowie od sztucznego poprawiania piękna różnymi sprytnymi programikami.

Producenci filmów porno to jednak sprytne bestie i już zaczynają kręcić filmy używając odpowiedniego oświetlenie i ujęć, które ukryją to, co matka natura ukryć nie chciała. Co bardziej znane firmy z porno biznesu chwalą się, że od dawna używają stosownych kamer wysokiej rozdzielczości. Szkoda tylko, że płyty DVD z ich filmami owych rozdzielczości nie posiadają. To używają ich, czy nie używają?

Filmy erotyczne powinny pokazywać jak najwięcej. Dla erotomanów HDTV może być wielkim problemem, gdyż pokazuje aż za dużo. Welcome to the real world!