Stalker – nuklearna pomyłka?

27 03 2007

Fanfary proszę! (w tle rozlegają się donośne dźwięki trąb i nie mniej donośne dźwięki organów kościelnych) Wreszcie nadszedł! Po latach oczekiwania, po licznych zapowiedziach, po dziesiątkach kolorowych screenów! Nareszcie wyłania się z radioaktywnej mgły! Mężny, odważny, barczysty… i kulejący. Chyba się zaraz wywróci. Wyłączcie na Boga te fanfary! (wszystkie dźwięki milkną)

Ja, moi drodzy i wierni czytelnicy, nie potrzebuje gier opatrzonych świetną, cudowną i pełną wodotrysków grafiką (to, że gram w Gears of War o niczym nie świadczy). Ja, moi drodzy parafianie, potrzebuje przede wszystkim klimatu i grywalności, a te dwa elementy miał mi zagwarantować oczekiwany od przeszło 6 lat Stalker. Niestety, coś mu po drodze nie wyszło.

Odpalając Stalkera nie nastawiałem się na rewelacyjną oprawę graficzną, dlatego to, co zobaczyłem wcale mnie nie zaskoczyło. Gra wygląda dokładnie tak, jakby ją robiono 6 lat zapominając przy tym o fakcie, że nastały czasy next-genów. Niemniej, ta zakurzona już oprawa graficzna posiada swój specyficzny, brudny i szary klimat, który nawet pasuje do tematyki pozycji. Zniszczone, zdezelowane bloki, zabite blachami domy, wypełnione żelastwem złomowiska, puste, szerokie łąki i szalejące wyładowania elektryczne. W niewielkich wioskach przesiadują zakapturzeni, uzbrojeni osobnicy, rozmawiający ze sobą – a jakże – po rosyjsku. Klimacik niczego sobie, jednak psuje go kilka elementów.

Stalker miał wiernie odwzorować Czarnobyl i jego okolice. Niestety, albo producenci mówili o innym Czarnobylu, albo pomylili mapy, albo też oglądali nie te zdjęcia co trzeba. Jeśli ktoś interesuje się tą tematyką, szybko zauważy, że teren, który przyjdzie nam zwiedzać w grze jest przeraźliwie pusty, smutny i bardzo mało urozmaicony. Wystarczy zapoznać się z kilkoma informacjami o Czarnobylu oraz odwiedzić niektóre strony Internetowe, aby zauważyć ogromne różnice między rzeczywistym wizerunkiem totalnie zniszczonej krainy, a tym co zaserwował nam producent.

Kolejnym mankamentem jest animacja, którą chyba ekipa odpowiedzialna za Stalkera nie zdążyła dopracować. Wyraźnie mieli za mało czasu i musieli zapożyczyć całość z Wolfenstein 3D. Strzelanie – szczególnie z pistoletów – jest sztywne niczym kij od miotły. Broń zdaje się być przeklejona do ekranu. Z karabinami jest nieco lepiej, ale tylko „nieco”.

Ostatnią rzeczą, do której muszę się przyczepić, jest brak jakichkolwiek pojazdów. Całkiem słuszne połacie terenów musimy przechodzić na piechotę. Pół biedy, gdyby te tereny były ładne, urozmaicone i ciekawie zaprezentowane. Ale na to najwyraźniej też było zbyt mało czasu. Przez większą część gry będziemy wędrowali pustą, asfaltową drogą z pustymi, szarymi polami naokoło. Nie licząc kilku psów krążących nieopodal. Reksio – aport!

Stalker, to gra, która posiada ogromny potencjał. Nawet mimo kilku poważnych błędów, nadal można poczuć specyficzny, charakterystyczny klimat. Niestety ogromne niedopracowanie zaważyło na finalnym produkcie. Czasami mamy wrażenie, jakbyśmy grali w wersję beta. Szkoda. Szkoda wielkiego, zmarnowanego potencjału, gdyż mógł z tej gry być wielki hit. Czegoś zabrakło. Samozaparcia? Mobilizacji? Pomysłów? Pieniędzy? Bo czasu chyba nie, prawda?





Pieski w Google

15 03 2007

Może mi ktoś powiedzieć, dlaczego nasze społeczeństwo jest tak zdziczałe, zboczone i skrzywione? Nie, nie bawię się teraz w światłego obrońcę moralności – jestem bardzo tolerancyjny. Czasami wydaje mi się, że aż za bardzo. Jednak to, czego ludzie szukają w światowych wyszukiwarkach jest…. dziwne.

Jedna z opcji w panelu administratora WordPressa pomaga zobaczyć, jakie frazy wpisali użytkownicy w wyszukiwarkach, po których zostali odesłani do danego bloga. Nie zwracałem na to większej uwagi, do momentu kiedy nie zauważyłem, że można w tych spisach znaleźć prawdziwe perełki grafomaństwa i ogólnego zboczenia seksualnego.

Niektórzy starają się być ambitni i szukają stronek, na których poczytają o „młodzieży i ich zachowaniach”. Są jednak osobnicy, którzy preferują „młodocianych w filmach erotycznych”. Ciekawscy starają się dociec „co dobrego w mtv” lub szukają informacji o „komand end conquer”. Powinni raczej poszukać czegoś o „ucz się angielskiego razem z nami”.

Sądzę, że osoby, które poszukują „pozycji w sexie eksperymentalnym” raczej nie zainteresują się studiowaniem języka. No, można jeszcze poszukać informacji o „boracie z kazachstanu” lub dowiedzieć się dlaczego „ktoś grzebie mi po dysku”.

Na dokładkę zostawiają sobie „ruchanko z psem”. Niektórzy nawet pragną zobaczyć „zmuszanie do sexu z psem” oraz „porno ze zwierzątkami”. Nie brak również „zabaw z konikiem” i „młodych dupek”.

Gdy przeczytałem te wszystkie hasła, zacząłem się zastanawiać, o czym ja tak naprawdę prowadzę bloga? Nie przypominam sobie zagłębiania się w sprawy młodzieży oraz ich stosunków, a tym bardziej ruchanka z psem (swoją drogą, dlaczego nikt nie szuka ruchanka z kotem?).

Pozostaje pytanie, czy się śmiać, czy płakać? A może jedno i drugie? Zlitujcie się… a ja idę szperać w googlach ;)





Ostatnio nagrane – Deep

14 03 2007

Trzeba uaktualnić wreszcie dział “Ostatnio nagrane”. Ot tak, żeby nikt nie pomyślał, że to taki pic na wodę ;)

Kawałeczek nagrany pod “wpływem chwili” – w większości improwizowany. Zapraszam do przesłuchania:

http://www.sendspace.com/file/z2jwy6





Second Life – kup sobie życie

14 03 2007

Chyba staję się powoli stetryczały. Coraz więcej gier mnie denerwuje, coraz więcej „rewolucyjnych” pozycji nudzi mnie po kilku minutach zabawy i coraz więcej potrafię skrytykować zamiast pochwalić. I to nie tylko w dziedzinie elektronicznej rozrywki – ewidentne ubytki znajduję i w filmach, i w książkach, o mediach nie wspominając. Nie dziwi zatem fakt, że strasznie mnie denerwują chwilowe „mody” na daną rzecz, dany ciuch, dany temat w prasie. Ostatnio niezwykle modna stała się gra Second Life, która rozpoczęła swój podbój wirtualnego świata w 2003 roku.

Po przeczytaniu kolejnego artykułu o Second Life, zastanowiłem się, kiedy zobaczę kolorowe ludziki w „Życiu na gorąco” lub w „Tele Tygodniu”. Boom na Second Life strasznie mnie denerwuje, tym bardziej, że owy boom w skali światowej nakręca niesłychanie sprawna machina marketingowa firmy Linden, która jest odpowiedzialna za Drugie Życie.

Czym jest Second Life? Wirtualnym światem, który ma symulować w jak najwierniejszym stopniu realne życie, wraz z jego rynkiem, ekonomią i prawami egzystencji. To gracze tworzą świat Second Life – otwierają sklepy, zakładają firmy, kupują działki, budują domy, a nawet ogromne aglomeracje i wesołe miasteczka pokrywające całe wyspy. Second Life jest zarazem wielkim fenomenem, jak i wynikiem ogromnej machiny marketingowej.

Pierwsze sprytne kłamstwo widzimy już po wejściu na stronę Second Life, gdzie czytamy – „Since opening to the public in 2003, it has grown explosively and today is inhabited by a total of 4,625,890 people from around the globe”. Z tej informacji ślicznie wynika, że w grze będziemy uczestniczyli wraz z niemal 5 milionami (sick!) osób równocześnie. Nic bardziej mylnego. Wystarczy chwilkę pogrzebać w statystykach, aby zauważyć, że ilość osób czynnie biorących udział w zabawie w danym momencie oscyluje w granicach 10 tysięcy. Reszta to tak zwane „martwe konta”, czyli osoby, które weszły, zobaczyły i uciekły.

Kolejny, celny chwyt marketingowy, to znane osoby (aktorzy, piosenkarze), którzy – rzekomo – posiadają swe awatary w świecie gry. Co prawda nikt ich nigdy nie widział i nic o nich nie słyszał, ale na pewno krążą po Second Life skryci w mgle mroku i tajemnicy.

Ostatni z chwytów, to fakt, że można pieniądze z Second Life zamieniać na dolary (i w drugą stronę: dolary na Lindeny). Dzięki temu, wiele osób pragnie wzbogacić się zakładając firmę lub sklep w świecie Second Life. Szansa na zarobienie jakichkolwiek realnych pieniędzy w SL jest minimalna. Oczywiście są osoby, które się swojego dorobiły w wirtualnej rzeczywistości Drugiego Życia, ale wyjątki potwierdzają regułę.

Mimo tych wszystkich, sprytnych kruczków i haczyków (jeśli chcemy posiadać własną ziemię i dom musimy opłacać abonament), trzeba przyznać, że Second Life to pewnego rodzaju fenomen. Świat w całości kontrolowany i tworzony przez graczy wraz z jego ekonomią, polityką i zasadami. Jest to pewnego rodzaju krok na przód w zakresie wirtualnej rzeczywistości.

Second Life jest grą bardzo ciekawą, jednak uważam, że ciekawostką pozostanie. Ja za podwójne życie podziękowałem. Wystarczą mi problemy tego realnego.





Ten prawdziwy Stalker

6 03 2007

Niedługo na sklepowych półkach zgrabnie wyląduje długo wyczekiwane (bo aż przez 6 lat) dzieło ukraińskiego studia GSC Game World – Stalker. Nie wszyscy jednak wiedzą, że swego czasu o Stalkerach było bardzo głośno, a to za sprawą filmu z 1979 roku!

Rosyjski reżyser Andrei Tarkovsky nakręcił wzruszającą i niesamowitą filozoficzną historię na pograniczu sci-fi. Opowiada ona o losach Stalkera – osoby, która dzięki swym niezwykłym umiejętnościom potrafi przedrzeć się do tak zwanej Zony strzeżonej przez żołnierzy. Na terenie niebezpiecznych terenów znajduje się tajemnicza komnata, która potrafi spełniać ludzkie życzenia. Film przedstawia nam wędrówkę Stalkera oraz dwóch osób w kierunku „magicznej” komnaty.

Stalker to film bardzo charakterystyczny i okraszony specyficznym nastrojem. Poniżej jeden z klimatycznych fragmentów z dzieła Tarkovsky’ego:

Tarkovsky kręcąc Stalkera kierował się bardzo luźno książką Arkadija i Borysa Strugackich „Roadside Picnic”, która zaprasza nas na wycieczkę po post-apokaliptycznych terenach wypełnionych tajemniczymi artefaktami. Grupa odważnych ludzi robi wypady do Zony w poszukiwaniu cennych przedmiotów narażając się tym samym na silne zmiany grawitacji.

Jako ciekawostkę warto napisać, że reżyser David Jacobson zajmie się pisanie scenariusza i reżyserią filmu „Roadside Picnic”. To będzie już drugi film opowiadający o Stalkerach.