Guitar Hero 2 trafiło pod strzechy

18 04 2007

No i stało się. Nowiutkie, długie pudełeczko z Guitar Hero 2 trafiło po kilku przygodach do mojego mieszkania. GH2 interesowałem się już od dłuższego czasu, ale niestety nie uśmiechało mi się kupować specjalnie Playstation 2 aby ponaciskać sobie guziczki plastikowej gitarki – tym bardziej, że mam w domu prawdziwą i już w miarę umiem na niej grać.

Bardzo się ucieszyłem gdy usłyszałem o konwersji Guitar Hero 2 na X360. Nie mniej się ucieszyłem gdy zobaczyłem wysoką cenę gry – no ale można było takiej kwoty się spodziewać.

Do opisywania moich wrażeń związanych z GH2 przejdę za chwilkę. Na początku pozwolę sobie na kilka luźnych dywagacji. Zacznę ostro – nie wiem jak można tak spartaczyć premierę gry, na którą czeka tysiące osób. Gry, o której było głośno na długo przed jej premierą. Przygotowano niesamowity zestaw piosenek, dopracowano oprawę graficzną, ulepszono audio (dodano obsługę systemów 5.1!) i… zepsuto kontrolery. W dwóch seriach gry tak zwane „whammy bary”, którymi wybijamy rytm nie rejestrowały poprawnie uderzeń co uniemożliwiało wygodną zabawę. Wyobrażacie to sobie? Zapłacić ponad 300złotych za grę i jeszcze otrzymać feralny egzemplarz? To jakaś kpina. Na szczęście świat jest pełen zdolnych majsterkowiczów i dzielni młodzi ludzie znaleźli łatwy sposób na „ręczne” naprawienie zepsutych gitar. Wszystko było pięknie do czasu kiedy producent nie wypuścił łatki naprawiającej whammy bara, a przy okazji – według licznych doniesień – psującego niektóre konsole!

Epicentrum schizofrenii, strachu i chaosu znajduje się w tym oto temacie na oficjalnych forach xbox.com:

http://forums.xbox.com/11416496/ShowPost.aspx

Szczerze żałuję, że znalazłem ten temat przed zakupem Guitar Hero 2, gdyż najadłem się wiele nerwów podłączając grę do konsoli. To już byłby szczyt chamstwa – kupić grę za ponad 300złotych, która w dodatku niszczy Xboxa 360. W Empiku nawet kosztuje 360złotych. To chyba jakiś szatański spisek. Cały ten temat na forum wydaje się paranoidalnym pamiętnikiem chorej umysłowo osoby. Jak może update softwarowy zepsuć hardware konsoli? Coś takiego jest w ogóle możliwe? Wydaje mi się, że cała ta sprawa nakręca się sama. Pomijam fakt, że wiele osób sobie robi zwykłe jaja, radząc na przykład owinąć konsolę w ręczniki co pomaga ją naprawić. Niesamowite. Sam nie wytrzymałem i dałem chłopakom na forum stosowną radę jak naprawić zepsutą konsolę. Temat ma ponad 15 stron i czytając go można nabawić się poważnych problemów z psychiką. Aż strach w ogóle uruchamiać konsolę.

W każdym razie, jako że jestem odważnym człowiekiem, nie przeraziłem się lamentami dziesiątek osób, odpaliłem konsolę, podłączyłem gitarę i update’owałem grę. I co? I wszystko goni, biega, a nawet skacze. Konsola nie wyleciała w powietrze, nie spaliła się, ani nie wchłonęły ją siły nieczyste. Co więcej, wraz z Guitar Hero 2 daje potężnego czadu!

Gra jest niesamowita! Nie sądziłem, że zabawa plastikową gitarką może sprawiać tyle frajdy. Świetnie dobrane piosenki (wszystkie to covery, ale nagrane perfekcyjnie), mocne brzmienie gitar i genialnie „skomponowane” pod grę „nuty” na gryfie. Gdy zaczynamy młócić solówkę naprawdę można poczuć się jak na koncercie! Całość podłączona do dobrego zestawu audio daje wielkiego kopa.

Warto jednak zwrócić uwagę, że to nie to samo co gra na prawdziwej gitarze i na pewno mi jej nie zastąpi. „Wyciskanie” riffów dobywających się z potężnego wzmacniacza daje znacznie więcej satysfakcji niż uderzanie w plastikowe guziczki i plastikowego whaammy bara.

Mimo wszystko muszę napisać, że w tym momencie Guitar Hero 2 to dla mnie najlepsza gra muzyczna jaka powstała. Przebija nawet świetne Dance Dance Revolution. Niesamowita zabawa dla każdego fana dobrych, rockowych brzmień!





300 – dla prawdziwych twardzielów

2 04 2007

„Film o prawdziwych twardzielach dla prawdziwych twardzielów” – tak określił film 300 mój znajomy z uczelni. Ja mógłbym do tego dodać „ręka, noga, mózg na ścianie”. 300 to film szalenie efektowny, wypełniony po brzegi wartką, gorącą akcją i przyprawiony niesamowitymi, bardzo klimatycznymi sceneriami.

300 to – podobnie jak Sin City – film oparty na komiksie Franka Millera. W dość osobliwy sposób przedstawia wydarzenia pod Termopilami, gdzie 300 Spartan broniło się przed gigantyczną armią.

W opisywanym filmie, Spartanie to prawdziwi Terminatorzy, którym niestrasznie są ani ostrza nieprzyjaciela, ani mroczne poczwary. Dzielnie pędzą przed siebie mordując, zabijając i opryskując otoczenie hektolitrami krwi. Zacnie. Film posiada trzy główne atuty, które powodują, że widz z zapartym tchem ogląda boskich Spartan latających w samych majtasach i długich płaszczach. Dla każdego coś miłego.

Pierwszy z tych atutów, to niesamowita efektowność i dynamika wykonania. Całość wprost kipi energią i emocjami. Drugim z atutów są prześliczne scenerie w całości stworzone komputerowo. Na wszystkie kadry nałożono specjalny filtr, a tło zrobiono na „blue screenach” – wrażenie jest niesamowite i aż miło zawiesić wzrok na niektórych bajecznych krajobrazach. Ostatni z atutów (acz nie najmniej ważny), to sama walka. Bardzo podobało mi się, że reżyser skoncentrował się na potyczkach pojedynczych Spartan, a nie zaserwował nam widoku zderzających się dwóch armii, gdzie – poza motłochem zwijających się ciał – niewiele można dojrzeć. Wszystkie walki zostały dopracowane do perfekcji i prezentują się niesamowicie. „Dziwnym nie jest”.

Nie można również zapomnieć o świetnej muzyce – usłyszymy zarówno oklepane już chóry, jak i tajemnicze bębny czy ostre riffy gitarowe. Muzyka została bardzo dobrze dobrana i idealnie komponuje się z wydarzeniami, które obserwujemy na wielkim ekranie.

300 to film typowo kinowy. Przed ekranem monitora lub telewizora straci 3/4 swej magii. Nie można ukrywać, że 300 poza niesamowitymi efektami specjalnymi i świetnie zaprezentowaną walką nic nie ma nam do zaoferowania. Ale czy to źle? „Albo pipka, albo rybka” – jak to zwykł mawiać mój wykładowca z historii literatury. Za Spartę!

– This is madness!

- Madness? This is Sparta!