Del Cribs

22 05 2007

Zainspirowany licznymi zdjęciami na blogach moich znajomych (pozdro Mads!), postanowiłem nie odstawać od stawki i pokazać Wam, jak mieszka bronowicka szlachta mocium Panie! A trzeba rzec, że bronowicka szlachta to nie byle kto – niczym mafia krąży po osiedlu siejąc strach, zniszczenie i chaos. I kilka innych rzeczy, jak akurat wypadną z kieszeni. Pierwszy (i ostatni) odcinek „Del Cribs” czas zacząć.

Jak łatwo się domyślić, mój pokój ma 4 ściany. Na każdej (i przy każdej) ścianie coś musi leżeć, tudzież wisieć. A co wisi, to nie utonie. Teoretycznie. Jedziemy:

Skryte w mroku dnia codziennego biurko. Miało służyć Delusiowi do nauki, ale skończyło jako całkiem wygodna szafa/półka, a czasami nawet wieszak. Tak naprawdę, to nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałem „przy” biurku. Aha – lubię kaktusy. Z dość pokaźnej rodzinki zostało tylko kilka, bo byłem zbyt leniwy aby się nimi zajmować. Niemniej nadal je lubię i planuję dokupić jeszcze jakieś fikuśne kolczatki.

Łóżko – to tutaj śpię i się uczę. Jak się uczę, to też śpię zatem na jedno wychodzi. Nad mymi spokojnymi i pięknymi snami czuwa potworek z Dooma zamiast Morfeusza. Może to i lepiej, bo ten Morfeusz to jakiś podejrzany typ – tak gadają.

„Pokojowe centrum rozrywki i pracy”. Sprzęt audio, komputer i konsola. To właśnie w tym miejscu siedzę po nocy i piszę teksty (obecnie nie piszę, ale pisałem. No i będę pisał, ale na razie cicho sza, bo to super Top Secret i w ogóle).

Tutaj sobie grzecznie leży przedmiot udręki wszystkich sąsiadów naokoło. Obecnie toczę zażartą walkę z kobietą „z dołu”. W dzień gram głośno na gitarze, co przeszkadza jej pracować, za co ona odwdzięcza się cotygodniowymi nalotami w nocy i dzwonieniem do drzwi. Pewnie myśli, że mnie budzi. Niestety prowadzę raczej „po-wieczorny” tryb życia. Jak mi się akurat chce to biegnę za nią na sień bloku, a ona zamyka się w swoim mieszkaniu i udaje że śpi. Wszystko to bardzo interesujące i fascynujące, ale chyba jednak będę musiał trochę ciszej grać :P

Z tej strony pokoju mamy niewielki zbiór książek i albumów ze wszystkich moich wypadów za granicę. Jest też globus (służy do wypadów „palcem po mapie”) i mikroskop, którym się bawiłem na początku liceum.

A tutaj znajduje się tak zwany „kącik artystyczny”. Większość mieszkania jest obklejona zdjęciami zrobionymi przez mojego ojca i przeze mnie. Niestety nie chcą naszych prac docenić na WordPressFoto, ale wszystko w swoim czasie. Jestem dobrej myśli.

To by było na tyle z ogólnodostępnej części mojego pokoju. Reszta jest restricted, nie mówiąc już o innych pomieszczeniach.

Swoją drogą aparaty w telefonach komórkowych to całkiem fajny bajer :)





Eat Me, Drink Me

14 05 2007

Na nowe płytki Marilyna Mansona zawsze czekałem z ogromnym zaciekawieniem i nie mniejszą niecierpliwością. Każdy album tego artysty jest inny – charakteryzuje się odmiennym stylem muzycznym i odmiennym sposobem znieważania wszelkich rzeczy, które można znieważyć. Szatańsko. Po ostatniej, niezbyt udanej płycie Golden Age of Grotesque spodziewałem się czegoś bardzo podobnego i tak samo nieudanego. Tym bardziej, że artysta cały czas utrzymywał swój „groteskowy” image. Na szczęście Manson ponownie zaskakuje i prezentuje płytkę bardzo ciekawą, dojrzałą, z naprawdę dobrymi tekstami. Co najważniejsze, aby tradycji stało się zadość, zmienia styl.

Na album, pod jakże wdzięcznym tytułem „Eat Me, Drink Me”, składa się jedenaście piosenek utrzymanych w jednym, stałym klimacie – spokojny, przyjemny do słuchania rock. Nie ma piosenki, która by miała powera i przysłowiowego „kopa”. Wszystkie tracki są przemyślane, bardzo dobrze skonstruowane i niezwykle klimatyczne. Wokal jest również wyjątkowo miły w odbiorze, a Manson w ani jednej piosence się nie drze. Cała płyta została utrzymana w spokojnym, chciałoby się rzec melancholijnym, tonie. Nadal jednak można odnaleźć inspiracje poprzednimi płytami – jest tutaj trochę Holy Wood, trochę Groteski, trochę Mechanical Animals, a nawet Smells Like Children. Niemniej, „Eat Me, Dring Me” jest bardzo udanym eksperymentem i odskocznią od ciężkich klimatów, gdzie na pierwszy plan wybijał się wpadający w ucho riff. Piosenki są inteligentnie i przemyślanie zbudowane. Co więcej, po raz pierwszy pojawiają się dłuższe solówki! Nie są one może szczytem dokonań gitarowych, ale i tak dodają przyjemnego, stricte rockowego klimatu.

Manson, płytą „Eat Me, Drink Me” pokazał, że jest już zupełnie dojrzałym i wyjątkowo zdolnym artystą, który potrafi stworzyć kawał solidnej, rockowej muzyki. Muzyki, która broni się sama – bez kontrowersyjnego image i szokujących teledysków. Oczywiście Manson nie byłby Mansonem, gdyby kontrowersji zabrakło. I chwała mu za to :D

Poniżej możecie oglądnąć teledysk do singla promującego ten album. Paradoksalnie, uważam tą piosenkę za jedną ze słabszych na nowym krążku Mansona :)





Jednośladem przez świat

7 05 2007

Del złapał kolejnego, silnego hopla. Pierwszym była elektryczna gitara, którą zakupiłem już kilka lat temu i gram na niej do dzisiaj. Od kilku miesięcy po głowie chodzi mi kolejna, jakże ambitna rzecz. Tym razem padło na motor. Nie, nie zwariowałem – a przynajmniej mam taką nadzieję.

Samochodami nigdy się nie interesowałem. Ba, nawet nie znam dobrze wszystkich marek, a te, co stoją koło mojego mieszkania mogą być równie dobrze Oplem, Fiatem, a nawet McLarenem. Dla mnie to nie ma większej różnicy i wszystko to kawałek blachy na kołach. Zawsze za to zwracałem uwagę na motory, a szczególnie na dwa ich rodzaje: wielkie i majestatyczne cruisery oraz prześliczne ścigacze. O kupnie jednego z nich zadecydowałem niedawno, bo może tydzień temu. Przez ostatnie kilka dni przeglądałem mroczne zakamarki Internetu czytając o różnych modelach motorów, studiując opinie właścicieli, badając ceny oraz osiągi techniczne. Bo kilku nocnych sesjach spod znaku mechanicznych rumaków wybrałem dwa modele motorów.

Pierwszy z nich to prześliczny ścigacz Kawasaki ZZR 600, który wygląda niesamowicie. Zresztą zobaczcie sami:

Jego dużym atutem jest fakt, że nadaje się bardzo dobrze zarówno do jazdy po mieście, dłuższych wypraw turystycznych, jak i dania czadu na autostradzie (jak już je wybudują do tego 2012 roku). Kolejnym plusem są bardzo atrakcyjne ceny używanych modeli. Można je dostać już w przedziale 5 tysięcy do 10 tysięcy złotych. Opinie o Kawasaki ZZR 600 są różne. Jedni zachwalają sobie ich bezawaryjność, a inni narzekają, że rozpadają się po kilku sezonach. Prawda jest taka, że jeśli się o motor dba, to może służyć bardzo długo z niewielkimi kosztami eksploatacji.

Drugim motorem, który mam na celowniku to cruiser Yamacha DragStar 1100. Prezentuje się bardzo monumentalnie i dużo osób chwali sobie jego niezawodność, wygodę i ogromną frajdę z prowadzenia maszyny. Nadaje się idealnie do dłuższych wypadów poza miasto i motorowej turystyki. Jedynym minusem są dość znaczne gabaryty, a jako początkujący wolałbym coś bardziej zwrotnego.

W każdym razie, za kilka miesięcy mogę już szusować po ulicach ślicznym, czarnym motorem. Hail!





Kam Bak

7 05 2007

Udało mi się po kilku przygodach zalogować na wordpressa i zająć dodawaniem nowych wpisów. Ku Waszej rozpaczy, waćpan Del nadal będzie walił smuty na blogu i bynajmniej nie zrezygnował z prowadzenia prywatnych Delirek. Chwała bogom, zajączkom i chomiczkom.

Jak większość osób zapewne wie, właśnie skończył się długi weekend. Osobiście wydał mi się wyjątkowo krótki, no ale co za dużo to niezdrowo podobno. Przez ten czas pozwoliłem odpocząć moim oczom od ekranu monitora i skoncentrowałem się na skrytych w zieleni górach. Kilka dni spędzonych ze znajomymi w domku w Obidzy (niedaleko Szczawnicy) pozwoliło mi się zrelaksować i zapomnieć o zbliżającej się nieubłaganie sesji. Pochodziliśmy po górach, zrobiliśmy grille, ogniska, podpaliliśmy okoliczne wsie – jednym słowem chill out.

Po powrocie z wyjazdu czekała na mnie niesamowicie pozytywna informacja – komputer się na mnie obraził i przestał gadać, a nawet działać. Ot, coś siadło. Nie obyło się bez wizyty w serwisie. Okazało się, że komputerek zachorował na płytę główną i trzeba ją odesłać do producenta. Problem jest tylko jeden – sprzęt na tyle stary, że już go nie produkują (jak ja kocham rynek komputerów) i całość nie dość, że będzie trwała bardzo długo, to jeszcze na 100% mi jej nie wymienią na nową, tylko naprawią to co jest. Cudownie. Stwierdziłem ambitnie, że już lepiej będzie kupić najtańszą obecnie płytę główną i procesor, co też jutro uczynię. Obecnie męczę się na starym kompie. Jest niesamowicie – naprawdę. Ostatnio zrobiłem sobie herbatę czekając aż się odpali GG i Firefox. I wiecie, że prędkość procesora wpływa na szybkość działania Internetu? Na szczęście Xbox mnie nie zawodzi (a spróbowałby!).

Oczywiście na tym nie koniec problemów. Hasło do wordpressa znajduje się na komputerze, który poleciał do serwisu, a poczta, którą miałem zarejestrowaną w systemie nie działa od kilku dobrych tygodni. Fascynujące. Nie mogłem ani się zalogować na swojego bloga, ani nawet go usunąć. Pomogła dopiero krótka wymiana maili z supportem wordpressa i oto jestem znowu. Cieszycie się? Ka-Boom!