www.zalogag.pl

30 06 2007

W związku z przyczynami mniej i bardziej ode mnie zależnymi, kończę prowadzenie tego bloga.

Zapraszam natomiast na www.zalogag.pl która niedługo znowu rozpocznie swoją światłą działalność. Do zobaczenia/przeczytania/usłyszenia na nowej Zalodze G :)

Aloha!





Del Cribs

22 05 2007

Zainspirowany licznymi zdjęciami na blogach moich znajomych (pozdro Mads!), postanowiłem nie odstawać od stawki i pokazać Wam, jak mieszka bronowicka szlachta mocium Panie! A trzeba rzec, że bronowicka szlachta to nie byle kto – niczym mafia krąży po osiedlu siejąc strach, zniszczenie i chaos. I kilka innych rzeczy, jak akurat wypadną z kieszeni. Pierwszy (i ostatni) odcinek „Del Cribs” czas zacząć.

Jak łatwo się domyślić, mój pokój ma 4 ściany. Na każdej (i przy każdej) ścianie coś musi leżeć, tudzież wisieć. A co wisi, to nie utonie. Teoretycznie. Jedziemy:

Skryte w mroku dnia codziennego biurko. Miało służyć Delusiowi do nauki, ale skończyło jako całkiem wygodna szafa/półka, a czasami nawet wieszak. Tak naprawdę, to nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałem „przy” biurku. Aha – lubię kaktusy. Z dość pokaźnej rodzinki zostało tylko kilka, bo byłem zbyt leniwy aby się nimi zajmować. Niemniej nadal je lubię i planuję dokupić jeszcze jakieś fikuśne kolczatki.

Łóżko – to tutaj śpię i się uczę. Jak się uczę, to też śpię zatem na jedno wychodzi. Nad mymi spokojnymi i pięknymi snami czuwa potworek z Dooma zamiast Morfeusza. Może to i lepiej, bo ten Morfeusz to jakiś podejrzany typ – tak gadają.

„Pokojowe centrum rozrywki i pracy”. Sprzęt audio, komputer i konsola. To właśnie w tym miejscu siedzę po nocy i piszę teksty (obecnie nie piszę, ale pisałem. No i będę pisał, ale na razie cicho sza, bo to super Top Secret i w ogóle).

Tutaj sobie grzecznie leży przedmiot udręki wszystkich sąsiadów naokoło. Obecnie toczę zażartą walkę z kobietą „z dołu”. W dzień gram głośno na gitarze, co przeszkadza jej pracować, za co ona odwdzięcza się cotygodniowymi nalotami w nocy i dzwonieniem do drzwi. Pewnie myśli, że mnie budzi. Niestety prowadzę raczej „po-wieczorny” tryb życia. Jak mi się akurat chce to biegnę za nią na sień bloku, a ona zamyka się w swoim mieszkaniu i udaje że śpi. Wszystko to bardzo interesujące i fascynujące, ale chyba jednak będę musiał trochę ciszej grać :P

Z tej strony pokoju mamy niewielki zbiór książek i albumów ze wszystkich moich wypadów za granicę. Jest też globus (służy do wypadów „palcem po mapie”) i mikroskop, którym się bawiłem na początku liceum.

A tutaj znajduje się tak zwany „kącik artystyczny”. Większość mieszkania jest obklejona zdjęciami zrobionymi przez mojego ojca i przeze mnie. Niestety nie chcą naszych prac docenić na WordPressFoto, ale wszystko w swoim czasie. Jestem dobrej myśli.

To by było na tyle z ogólnodostępnej części mojego pokoju. Reszta jest restricted, nie mówiąc już o innych pomieszczeniach.

Swoją drogą aparaty w telefonach komórkowych to całkiem fajny bajer :)





Jednośladem przez świat

7 05 2007

Del złapał kolejnego, silnego hopla. Pierwszym była elektryczna gitara, którą zakupiłem już kilka lat temu i gram na niej do dzisiaj. Od kilku miesięcy po głowie chodzi mi kolejna, jakże ambitna rzecz. Tym razem padło na motor. Nie, nie zwariowałem – a przynajmniej mam taką nadzieję.

Samochodami nigdy się nie interesowałem. Ba, nawet nie znam dobrze wszystkich marek, a te, co stoją koło mojego mieszkania mogą być równie dobrze Oplem, Fiatem, a nawet McLarenem. Dla mnie to nie ma większej różnicy i wszystko to kawałek blachy na kołach. Zawsze za to zwracałem uwagę na motory, a szczególnie na dwa ich rodzaje: wielkie i majestatyczne cruisery oraz prześliczne ścigacze. O kupnie jednego z nich zadecydowałem niedawno, bo może tydzień temu. Przez ostatnie kilka dni przeglądałem mroczne zakamarki Internetu czytając o różnych modelach motorów, studiując opinie właścicieli, badając ceny oraz osiągi techniczne. Bo kilku nocnych sesjach spod znaku mechanicznych rumaków wybrałem dwa modele motorów.

Pierwszy z nich to prześliczny ścigacz Kawasaki ZZR 600, który wygląda niesamowicie. Zresztą zobaczcie sami:

Jego dużym atutem jest fakt, że nadaje się bardzo dobrze zarówno do jazdy po mieście, dłuższych wypraw turystycznych, jak i dania czadu na autostradzie (jak już je wybudują do tego 2012 roku). Kolejnym plusem są bardzo atrakcyjne ceny używanych modeli. Można je dostać już w przedziale 5 tysięcy do 10 tysięcy złotych. Opinie o Kawasaki ZZR 600 są różne. Jedni zachwalają sobie ich bezawaryjność, a inni narzekają, że rozpadają się po kilku sezonach. Prawda jest taka, że jeśli się o motor dba, to może służyć bardzo długo z niewielkimi kosztami eksploatacji.

Drugim motorem, który mam na celowniku to cruiser Yamacha DragStar 1100. Prezentuje się bardzo monumentalnie i dużo osób chwali sobie jego niezawodność, wygodę i ogromną frajdę z prowadzenia maszyny. Nadaje się idealnie do dłuższych wypadów poza miasto i motorowej turystyki. Jedynym minusem są dość znaczne gabaryty, a jako początkujący wolałbym coś bardziej zwrotnego.

W każdym razie, za kilka miesięcy mogę już szusować po ulicach ślicznym, czarnym motorem. Hail!





Kam Bak

7 05 2007

Udało mi się po kilku przygodach zalogować na wordpressa i zająć dodawaniem nowych wpisów. Ku Waszej rozpaczy, waćpan Del nadal będzie walił smuty na blogu i bynajmniej nie zrezygnował z prowadzenia prywatnych Delirek. Chwała bogom, zajączkom i chomiczkom.

Jak większość osób zapewne wie, właśnie skończył się długi weekend. Osobiście wydał mi się wyjątkowo krótki, no ale co za dużo to niezdrowo podobno. Przez ten czas pozwoliłem odpocząć moim oczom od ekranu monitora i skoncentrowałem się na skrytych w zieleni górach. Kilka dni spędzonych ze znajomymi w domku w Obidzy (niedaleko Szczawnicy) pozwoliło mi się zrelaksować i zapomnieć o zbliżającej się nieubłaganie sesji. Pochodziliśmy po górach, zrobiliśmy grille, ogniska, podpaliliśmy okoliczne wsie – jednym słowem chill out.

Po powrocie z wyjazdu czekała na mnie niesamowicie pozytywna informacja – komputer się na mnie obraził i przestał gadać, a nawet działać. Ot, coś siadło. Nie obyło się bez wizyty w serwisie. Okazało się, że komputerek zachorował na płytę główną i trzeba ją odesłać do producenta. Problem jest tylko jeden – sprzęt na tyle stary, że już go nie produkują (jak ja kocham rynek komputerów) i całość nie dość, że będzie trwała bardzo długo, to jeszcze na 100% mi jej nie wymienią na nową, tylko naprawią to co jest. Cudownie. Stwierdziłem ambitnie, że już lepiej będzie kupić najtańszą obecnie płytę główną i procesor, co też jutro uczynię. Obecnie męczę się na starym kompie. Jest niesamowicie – naprawdę. Ostatnio zrobiłem sobie herbatę czekając aż się odpali GG i Firefox. I wiecie, że prędkość procesora wpływa na szybkość działania Internetu? Na szczęście Xbox mnie nie zawodzi (a spróbowałby!).

Oczywiście na tym nie koniec problemów. Hasło do wordpressa znajduje się na komputerze, który poleciał do serwisu, a poczta, którą miałem zarejestrowaną w systemie nie działa od kilku dobrych tygodni. Fascynujące. Nie mogłem ani się zalogować na swojego bloga, ani nawet go usunąć. Pomogła dopiero krótka wymiana maili z supportem wordpressa i oto jestem znowu. Cieszycie się? Ka-Boom!





Pieski w Google

15 03 2007

Może mi ktoś powiedzieć, dlaczego nasze społeczeństwo jest tak zdziczałe, zboczone i skrzywione? Nie, nie bawię się teraz w światłego obrońcę moralności – jestem bardzo tolerancyjny. Czasami wydaje mi się, że aż za bardzo. Jednak to, czego ludzie szukają w światowych wyszukiwarkach jest…. dziwne.

Jedna z opcji w panelu administratora WordPressa pomaga zobaczyć, jakie frazy wpisali użytkownicy w wyszukiwarkach, po których zostali odesłani do danego bloga. Nie zwracałem na to większej uwagi, do momentu kiedy nie zauważyłem, że można w tych spisach znaleźć prawdziwe perełki grafomaństwa i ogólnego zboczenia seksualnego.

Niektórzy starają się być ambitni i szukają stronek, na których poczytają o „młodzieży i ich zachowaniach”. Są jednak osobnicy, którzy preferują „młodocianych w filmach erotycznych”. Ciekawscy starają się dociec „co dobrego w mtv” lub szukają informacji o „komand end conquer”. Powinni raczej poszukać czegoś o „ucz się angielskiego razem z nami”.

Sądzę, że osoby, które poszukują „pozycji w sexie eksperymentalnym” raczej nie zainteresują się studiowaniem języka. No, można jeszcze poszukać informacji o „boracie z kazachstanu” lub dowiedzieć się dlaczego „ktoś grzebie mi po dysku”.

Na dokładkę zostawiają sobie „ruchanko z psem”. Niektórzy nawet pragną zobaczyć „zmuszanie do sexu z psem” oraz „porno ze zwierzątkami”. Nie brak również „zabaw z konikiem” i „młodych dupek”.

Gdy przeczytałem te wszystkie hasła, zacząłem się zastanawiać, o czym ja tak naprawdę prowadzę bloga? Nie przypominam sobie zagłębiania się w sprawy młodzieży oraz ich stosunków, a tym bardziej ruchanka z psem (swoją drogą, dlaczego nikt nie szuka ruchanka z kotem?).

Pozostaje pytanie, czy się śmiać, czy płakać? A może jedno i drugie? Zlitujcie się… a ja idę szperać w googlach ;)





Second Life – kup sobie życie

14 03 2007

Chyba staję się powoli stetryczały. Coraz więcej gier mnie denerwuje, coraz więcej „rewolucyjnych” pozycji nudzi mnie po kilku minutach zabawy i coraz więcej potrafię skrytykować zamiast pochwalić. I to nie tylko w dziedzinie elektronicznej rozrywki – ewidentne ubytki znajduję i w filmach, i w książkach, o mediach nie wspominając. Nie dziwi zatem fakt, że strasznie mnie denerwują chwilowe „mody” na daną rzecz, dany ciuch, dany temat w prasie. Ostatnio niezwykle modna stała się gra Second Life, która rozpoczęła swój podbój wirtualnego świata w 2003 roku.

Po przeczytaniu kolejnego artykułu o Second Life, zastanowiłem się, kiedy zobaczę kolorowe ludziki w „Życiu na gorąco” lub w „Tele Tygodniu”. Boom na Second Life strasznie mnie denerwuje, tym bardziej, że owy boom w skali światowej nakręca niesłychanie sprawna machina marketingowa firmy Linden, która jest odpowiedzialna za Drugie Życie.

Czym jest Second Life? Wirtualnym światem, który ma symulować w jak najwierniejszym stopniu realne życie, wraz z jego rynkiem, ekonomią i prawami egzystencji. To gracze tworzą świat Second Life – otwierają sklepy, zakładają firmy, kupują działki, budują domy, a nawet ogromne aglomeracje i wesołe miasteczka pokrywające całe wyspy. Second Life jest zarazem wielkim fenomenem, jak i wynikiem ogromnej machiny marketingowej.

Pierwsze sprytne kłamstwo widzimy już po wejściu na stronę Second Life, gdzie czytamy – „Since opening to the public in 2003, it has grown explosively and today is inhabited by a total of 4,625,890 people from around the globe”. Z tej informacji ślicznie wynika, że w grze będziemy uczestniczyli wraz z niemal 5 milionami (sick!) osób równocześnie. Nic bardziej mylnego. Wystarczy chwilkę pogrzebać w statystykach, aby zauważyć, że ilość osób czynnie biorących udział w zabawie w danym momencie oscyluje w granicach 10 tysięcy. Reszta to tak zwane „martwe konta”, czyli osoby, które weszły, zobaczyły i uciekły.

Kolejny, celny chwyt marketingowy, to znane osoby (aktorzy, piosenkarze), którzy – rzekomo – posiadają swe awatary w świecie gry. Co prawda nikt ich nigdy nie widział i nic o nich nie słyszał, ale na pewno krążą po Second Life skryci w mgle mroku i tajemnicy.

Ostatni z chwytów, to fakt, że można pieniądze z Second Life zamieniać na dolary (i w drugą stronę: dolary na Lindeny). Dzięki temu, wiele osób pragnie wzbogacić się zakładając firmę lub sklep w świecie Second Life. Szansa na zarobienie jakichkolwiek realnych pieniędzy w SL jest minimalna. Oczywiście są osoby, które się swojego dorobiły w wirtualnej rzeczywistości Drugiego Życia, ale wyjątki potwierdzają regułę.

Mimo tych wszystkich, sprytnych kruczków i haczyków (jeśli chcemy posiadać własną ziemię i dom musimy opłacać abonament), trzeba przyznać, że Second Life to pewnego rodzaju fenomen. Świat w całości kontrolowany i tworzony przez graczy wraz z jego ekonomią, polityką i zasadami. Jest to pewnego rodzaju krok na przód w zakresie wirtualnej rzeczywistości.

Second Life jest grą bardzo ciekawą, jednak uważam, że ciekawostką pozostanie. Ja za podwójne życie podziękowałem. Wystarczą mi problemy tego realnego.





Gore dla dzieci

28 01 2007

Gore (wikipedia) – rodzaj horroru filmowego, charakteryzujący się dużą ilością krwi oraz wnętrzności, ludzkich oraz zwierzęcych.

Komercja dosięga wszystko, moje drogie dzieci. Nawet krew już nie może się lać normalnie, nawet wnętrzności nie mogą radośnie biegać po ścianach, a mózgi uderzać w sufit. Przynajmniej w kinach. Obecnie Cannibal Holocaust przekształca się w „Komercja Holocaust”.

Oglądnąłem ostatnio trzy filmy: Piła III, Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną: Powrót oraz Severance, który – paradoksalnie – okazał się najciekawszy z tych wszystkich ambitnych „dzieł” zwanych bardzo odważnie – gore.

Pozwolę sobie pominąć kwestie ambitnej fabuły, której zawiłość spowodowała moje głębsze otępienie i zamarcie w fotelu. Do dzisiaj myślę o skomplikowanych „grach” w Pile 3 i o zaskakującej akcji w Powrocie Wesołej Piły Mechanicznej. Trzeba jednak przyznać, że to ma być gore, zatem – pal licho – fabułę. Ma być krwisto.

Niestety z tym gore też nie za bardzo. Piła III jest najbardziej kosztowną produkcją z serii, a mimo to – najsłabszą. Zagadki robią się powoli infantylne, a fruwających wnętrzności również odbiorca nie uświadczy. Zastosowane są pospolite chwyty ze „zwykłego kina akcji”, gdzie niby widzimy wszystko, a tak naprawdę nie widzimy nic. Przystojniacha przywiązanych łańcuchami wygląda zaiste mrocznie i straszliwie, ale tylko w pierwszych ujęciach. W momencie kiedy zaczyna wyrywać żelazo ze swojego ciała, mamy wrażenie, jakby odklejał lepce.

Masakra: Początek jest jeszcze bardziej spłycona i już więcej zostało pokazane w grze Gears of War, gdzie zabijanie piłą mechaniczną zaprezentowano w pełnej krasie. Co gorsze, fabuła również leży i kwiczy rozpaczliwie, podobnie jak aktorzy, którzy musieli zagrać w tym filmie.

Severance, mimo że trudno nazwać filmem gore, broni się najlepiej, gdyż jest posypany całkiem niezłą dawką humoru, a bohaterowie to prawdziwe indywidualności, które znalazły się w złym czasie w złym miejscu.

Czasami mam wrażenie, że więcej gore odnajdziemy w amatorskich filmikach na youtube, gdzie nogi fruwają w powietrzu, a wnętrzności wypadają na ziemię kilogramami. I jest to zrobione lepiej, niż w wielomilionowych produkcjach, jak Piła III. Ciekawe? Jak cholera.

Nikt nigdy nie myślał, że filmy gore wejdą na wielkie ekrany i będą robiły taką furorę i zamieszanie w światku kina. Nikt również nie myślał, że będzie to gore tak bardzo spłycone. Wersja rodzinna gore? Zapewne. Ale to wystarczy, aby potem opowiadać wszystkim, jak to widziało się spasionego, ubłoconego typa biegającego po drodze z piłą mechaniczną w wielkim łapsku. Jak to widziało się krwistą jatkę. Jak to podziwiało się łamane kości. I jakie to było straszne i obrzydliwie.





Saturn – żer dla idiotów?

20 01 2007

Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo – a tym bardziej, że będzie łatwo w Polsce. W naszym pięknym kraju można polegać wyłącznie na sobie. W tym przeświadczeniu upewniła mnie wycieczka po kilku sklepach z serii „nie dla idiotów” w celu zakupienia nowiutkiej konsoli Microsoftu, która już troszkę temu na nasz rynek wkroczyła. Wycieczka ta zakończyła się zupełnym zwątpieniem w wiedzę „fach-manów” ze stoisk multimedialnych. Skąd oni biorą tych ludzi? Z podziemia?

Moją przygodę rozpocząłem od Empiku. Do „jaskini kultury” wkroczyłem raczej z ciekawości, gdyż konsolę planowałem kupić w promocji Media Markt. Mimo wszystko, chciałem zorientować się, jak wygląda sytuacja cenowo-sprzętowa w moim pięknym mieście. Pudełeczka z konsolami leżały wysoko na półkach – chyba specjalnie je tak ułożono, aby przypadkiem nikt ich nie zauważył. Niestety nigdzie nie mogłem znaleźć ceny sprzętu. Tabliczka, na której powinna być magiczna liczba uśmiechała się do mnie drwiącą pustką białego papieru. Po kilku minutach udało mi się złapać zabieganego pracownika Empiku i spytać się o cenę konsoli. W odpowiedzi usłyszałem rzucone niedbale „jakoś około 1400 złotych” (od kiedy 1599zł jest „około 1400zł” jeszcze nie udało mi się dowiedzieć). Ku rozpaczy biednego młodziana w czerwonej koszulce drążyłem temat dalej i starałem się dowiedzieć jakie gry są dołączone do sprzętu – „to są do niego dołączane jakieś gry?”. Upadłem.

Kolejnym przystankiem był Media Markt, gdzie udało mi się kupić konsolę w cenie promocyjnej. Mimo to, pracownik działu multimediów nie wywinął się przed moją podchwytliwą serią pytań. Jako że planowałem podłączyć sprzęt do monitora, potrzebowałem odpowiedniego kabla, który dla ekipy z MM okazał się wielką zagadką i tajemnicą. Gdy wypytywałem się o kabelek, pracownik MM miał taką minę, jakbym prosił go o prysznic z satelitą. Po dłuższej chwili tłumaczenia, o co mi tak naprawdę chodzi, fachowiec poprowadził mnie do skromnej półeczki z akcesoriami do X-a i wskazał kabel S-VGA. Próby dowiedzenia się o rożne rodzaje kabli VGA zakończyły się szybką odpowiedzią: „niech Pan poszpera w Internecie”. Już ja mu poszperam…

W czasie wizyty w Saturnie (który, nota bene, należy do tej samej firmy co Media Markt), szczerzący zęby Pan co prawda od razu poprowadził mnie do kabli, ale do kabli ze złączem Component, które bynajmniej nie pomogą w połączeniu konsoli z monitorem. Innych nie mieli – czekali na dostawę. Z ciekawości ostatnio poszedłem zobaczyć, czy sytuacja w Saturnie się zmieniła. Niestety nie – nadal czekają na dostawę. Widać nie dostali pod choinkę.

Skąd się to wszystko bierze? Czy naprawdę jest tak trudno dowiedzieć się kilka rzeczy o nowym sprzęcie, który zawitał do Polski? Tym bardziej, że zakupy robiłem już kilka miesięcy po premierze konsoli w naszym kraju! Co najgorsze, podobna sytuacja jest na stoiskach z telewizorami. Dla niektórych pracowników HD to nadal technologia przywieziona z Marsa i jakakolwiek wiedza w tym zakresie nie obowiązuje. Z drugiej strony, ten brak wiedzy w zupełności wystarcza aby wcisnąć jakiś chłam podnieconej rodzince, która widzi ekran większy od drzwi do mieszkania i kolorowy, błyszczący napisik HD Ready.

Niewiedza jest straszna, ale często brak towaru jest jeszcze gorszy. Potrzebne akcesoria do X-a jest okropnie trudno zdobyć. Sklepy co prawda mają wydzielone osobne miejsca na „bajerki” do konsoli Microsoftu, ale z reguły nie ma tam tego, czego szukamy. Zdobycie kabla VGA graniczy z cudem, a w Empiku – od czasu kiedy kupiłem ostatniego pada – nie zrobili dostawy! Ale za to można kupić pilot do Xboxa. Cudownie! Zawsze marzyłem o pilocie do konsoli!

Pamiętajcie. Udając się do sklepu w celu zakupienia konkretnej rzeczy, zawsze róbcie swój prywatny wywiad, zbierajcie informacje o sprzęcie i idźcie na zakupy przygotowani niczym na egzamin. Tylko w ten sposób będziecie mogli zweryfikować, czy ten uśmiechnięty/znudzony „Doradca Fachowy” wie o czym mówi, czy pierniczy od rzeczy. Najczęściej zakończy się na tym drugim.





Borat w więzieniu, młodzież w MTV

14 01 2007

Oglądnąłem Borata. Zrobiłem to bardziej z obowiązku niż z zainteresowania – trzeba być w końcu na czasie. Poza tym nie lubię, jak ktoś rozmawia o filmach, o których nie mam pojęcia.

Oglądnąłem Borata. Będąc szczerym, to prawie usnąłem z nudów. Film jest troszkę inny od Ali G – mniej wulgarny, inaczej kręcony i posiadający iluzję ciekawej fabuły. Dziennikarz z Kazachstanu zabiera ze sobą wszystkie złe maniery swych ziomków i wyrusza na podbój US i A oraz boskiej Pameli „Słoneczny Patrol” Anderson. Borat posiada kilka ciekawych i nawet śmiesznych momentów, ale w większości drzemałem, zastanawiając się kiedy wreszcie wydarzy się coś ciekawego (zaznaczam, że pisząc „ciekawego” nie mam na myśli gonienia się na golasa – tym bardziej jeśli wśród tych golasów jest obrzydliwy, owłosiony grubas).

W każdym razie film niejako zmusił mnie do głębszych przemyśleń. Powiedzcie mi, gdzie są te genialne komedie vide świetna Maska, czy śmieszne dzieła z Murphym? Czy obecne młode społeczeństwo potrafi się śmiać tylko z dup, fruwających siusiaków, przeklinania, rzygania i opróżniania się w miejscach publicznych? Czy naprawdę zatraciliśmy wyczucie smaku i dobrego dowcipu?

Nie twierdzę, że te filmy nie śmieszą – sam rechotałem oglądając Ali G. Ale mimo wszystko, czy to jest normalne? A nawet inaczej – czy nie ma już „normalnych”, naprawdę dobrych komedii? Był Pamiętnik Bridget Jones, o ile można ten film nazwać pełnoprawną komedią. Byli Piraci z Karaibów, ale to film przygodowy lekko przyprawiony dowcipem. No i jest Borat. Jak się mash?

Ostatnio często zacząłem używać sformułowania „społeczeństwo MTV”. Szalenie mi się to podoba. To właśnie tam rozpoczął swą karierę Jackass – program, który dawniej budził tylko niesmak, a teraz stał się wielkim hitem. Dzielni chłopcy z MTV poszli śladem Johnnego Knoxvilla (a tak naprawdę Philipa Johna Clappa) i powstały nowe, błyskotliwe programy jak Viva la Bam oraz zabawiający się ze zwierzątkami Wild Boyz. Cud, miód i orzeszki! Palce lizać! Jak się mash?!

Obecnie MTV to wylęgarnia masowego debilizmu i ograniczenia umysłowego. Yo nigga I’m from America! Program ten, zamiast dobrą muzyką, karmi nas gównianą ramówką, w której producenci chyba prześcigają się w konkursie, kto wymyśli bardziej poroniony program. Stwierdziłem, że ciekawym doświadczeniem będzie zebranie informacji o kilku „elitarnych” programach z MTV, które „Music TV” przestało być kilka dobrych lat temu. Teraz to jest ITV – Idiot TV.

Dismissed – prawdziwy hit dla osób z kompleksem mniejszości! Masz ochotę zaszaleć? Wbijaj śmiało do programu Dismissed! To jedyna okazja aby umówić się nie z jedną, ale z dwoma osobami! Po randkach zaaranżowanych przez MTV, możesz wybrać, z którym z „kandydatów/kandydatek” masz ochotę spędzić romantyczny wieczór. Prawdziwe cudo, ale chyba coś oglądalność spadła, bo pojawiają się też odcinki z gejami. Mmmm Gey Dismissed – ciekawe co na to by powiedział Giertych. You are Dismissed?

Date my Mom! – to jest już program dla ludzi o mocnych nerwach, a szczególnie takich, których pociągają starsze panie. A co, każdemu należy się coś od życia. Kandydat udaje się na randki z trzema „sexy Mamma” i na podstawie tych spotkań musi wybrać jedną z córek. Jaka matka, taka córka? Kto ma ochotę na małe rendevu z mamusią?

Penetratorzy – nie wiem jak Wy, ale ja nienawidzę, gdy mi ktoś grzebie w pokoju. Penetratorzy to kolejny ambitny program, w którym swoją towarzyszkę/towarzysza wybiera się po głębszych oględzinach jego pokoju. Stwierdzam, że po oględzinach mojego pokoju, wybrałaby mnie tylko sadomasochistka. Ale Amerykanie widać lubią takie szperanie w szufladkach.

Jackass/Wild Boyz – wiele komentarzy nie potrzeba. Dupa, sranko, rzyganko, a na śniadanie ruchanko. Jednym słowem wszystko, co obrzydliwe.

Viva la Bam – Prawdziwy niegrzeczny synalek, który ma za dużo kasy. Bam wraz ze swoją cudowną ekipą pokaże Wam, jak wkurzyć rodzinę, jak zrobić z domu skejtpark i jak tłuc ojca. Eh, te nowoczesne modele rodziny.

You Bet It! – Swego czasu w Polsce leciał program, gdzie za określoną sumę pieniędzy ludzie musieli robić różne zabawne, a czasami troszkę poniżające rzeczy. Nie musieli natomiast jeść stosów jajek, połykać surowych ryb, octu, ślimaków, ani biegać na golasa naokoło uczelni. W You Bet It to standard. Kto ma ochotę zjeść w 20 sekund 15 jajek za 50 dolarów? Kubeł na „małe conieco” wliczony w koszta oczywiście.

Jeszcze kilka genialnych programów na pewno się znajdzie. Najciekawsze jest to, że tego typu rzeczy się przyjmują i ogląda je multum osób. Za ciosem idą scenarzyści i reżyserzy, prezentując nam takie dzieła jak Ali G, Borat i kilka innych. Zastanawiam się, do jakiego poziomu można się jeszcze zniżyć? Da się w ogóle niżej? Może za kilka lat będziemy się śmiać z uprawiania seksu z kozą i psem? E nie, z psem już robił to Ali G. Pozostają króliki. Jak się mash?





ZUO w CD Projekt?

11 01 2007

Ten wpis wymaga krótkiego wstępu. Jak zapewne niektórzy wiedzą, przez pewien okres pracowałem w jednym z serwisów „największego polskiego portalu” Onet.pl. Współpraca układała się wyśmienicie – do czasu. Przez te kilka miesięcy wystarczająco poznałem „wnętrze” organizmu Onetu oraz ludzi tam pracujących, aby zupełnie zniechęcić się do owego – jakże intrygującego – miejsca. Oliwy do ognia dolało kilka niezbyt miłych dla mnie incydentów i skończyło się na powiedzeniu Onetowi „papa”. Obiecałem sobie tym samym, że już nigdy nie opublikuję w tym serwisie jakiegokolwiek mojego tekstu – nie postawię tam nawet kropki. Szybko zorientowałem się, jakie los potrafi płatać figle.

Od czasu odejścia z Onetu szukałem innych możliwości dorabiania – oczywiście w „branży”. Padło na CD Projekt. Ostatnio dostałem propozycję napisania dla tej firmy tekstu, którego tematyka w tym momencie jest nieistotna. Jako że oferta była całkiem atrakcyjna, przystałem na to i nie wdając się w szczegóły, zabrałem się za pisanie (oczywiście byłem przekonany, że artykuł wyląduje zgrabnie na stronie CDP gram.pl).

Kilka dni po wysłaniu artykułu odzywa się do mnie znajomy i zdziwiony mówi, że tekst znalazł się w… Onecie! Szybko zebrałem szczękę z podłogi i – złamawszy swoją kolejną obietnicę nie wchodzenia nigdy z własnej woli na ten serwis – zacząłem buszować między artykułami, aby przekonać się o tym fakcie na własne oczy.

Trzasnąłem ręką w stół, kopnąłem w drukarkę, walnąłem głową w monitor, złapałem przebiegającego obok kota za ogon i wyrzuciłem przez okno. Uspokoiłem się dopiero gdy chciałem wywalać Xboxa 360.

Co za przeklęta ironia losu prawda? Bardzo jestem ciekawy, jakie jeszcze przygody czekają mnie z Onetem, gdyż coś mi mówi, że to nie koniec. Jaki morał z tej historii? Nigdy nie mów nigdy? A może – zawsze upewniaj się, gdzie wyląduje twój artykuł? Zapewne i jedno, i drugie.