W związku z przyczynami mniej i bardziej ode mnie zależnymi, kończę prowadzenie tego bloga.
Zapraszam natomiast na www.zalogag.pl która niedługo znowu rozpocznie swoją światłą działalność. Do zobaczenia/przeczytania/usłyszenia na nowej Zalodze G
No i stało się. Nowiutkie, długie pudełeczko z Guitar Hero 2 trafiło po kilku przygodach do mojego mieszkania. GH2 interesowałem się już od dłuższego czasu, ale niestety nie uśmiechało mi się kupować specjalnie Playstation 2 aby ponaciskać sobie guziczki plastikowej gitarki – tym bardziej, że mam w domu prawdziwą i już w miarę umiem na niej grać.
Bardzo się ucieszyłem gdy usłyszałem o konwersji Guitar Hero 2 na X360. Nie mniej się ucieszyłem gdy zobaczyłem wysoką cenę gry – no ale można było takiej kwoty się spodziewać.
Do opisywania moich wrażeń związanych z GH2 przejdę za chwilkę. Na początku pozwolę sobie na kilka luźnych dywagacji. Zacznę ostro – nie wiem jak można tak spartaczyć premierę gry, na którą czeka tysiące osób. Gry, o której było głośno na długo przed jej premierą. Przygotowano niesamowity zestaw piosenek, dopracowano oprawę graficzną, ulepszono audio (dodano obsługę systemów 5.1!) i… zepsuto kontrolery. W dwóch seriach gry tak zwane „whammy bary”, którymi wybijamy rytm nie rejestrowały poprawnie uderzeń co uniemożliwiało wygodną zabawę. Wyobrażacie to sobie? Zapłacić ponad 300złotych za grę i jeszcze otrzymać feralny egzemplarz? To jakaś kpina. Na szczęście świat jest pełen zdolnych majsterkowiczów i dzielni młodzi ludzie znaleźli łatwy sposób na „ręczne” naprawienie zepsutych gitar. Wszystko było pięknie do czasu kiedy producent nie wypuścił łatki naprawiającej whammy bara, a przy okazji – według licznych doniesień – psującego niektóre konsole!
Epicentrum schizofrenii, strachu i chaosu znajduje się w tym oto temacie na oficjalnych forach xbox.com:
Szczerze żałuję, że znalazłem ten temat przed zakupem Guitar Hero 2, gdyż najadłem się wiele nerwów podłączając grę do konsoli. To już byłby szczyt chamstwa – kupić grę za ponad 300złotych, która w dodatku niszczy Xboxa 360. W Empiku nawet kosztuje 360złotych. To chyba jakiś szatański spisek. Cały ten temat na forum wydaje się paranoidalnym pamiętnikiem chorej umysłowo osoby. Jak może update softwarowy zepsuć hardware konsoli? Coś takiego jest w ogóle możliwe? Wydaje mi się, że cała ta sprawa nakręca się sama. Pomijam fakt, że wiele osób sobie robi zwykłe jaja, radząc na przykład owinąć konsolę w ręczniki co pomaga ją naprawić. Niesamowite. Sam nie wytrzymałem i dałem chłopakom na forum stosowną radę jak naprawić zepsutą konsolę. Temat ma ponad 15 stron i czytając go można nabawić się poważnych problemów z psychiką. Aż strach w ogóle uruchamiać konsolę.
W każdym razie, jako że jestem odważnym człowiekiem, nie przeraziłem się lamentami dziesiątek osób, odpaliłem konsolę, podłączyłem gitarę i update’owałem grę. I co? I wszystko goni, biega, a nawet skacze. Konsola nie wyleciała w powietrze, nie spaliła się, ani nie wchłonęły ją siły nieczyste. Co więcej, wraz z Guitar Hero 2 daje potężnego czadu!
Gra jest niesamowita! Nie sądziłem, że zabawa plastikową gitarką może sprawiać tyle frajdy. Świetnie dobrane piosenki (wszystkie to covery, ale nagrane perfekcyjnie), mocne brzmienie gitar i genialnie „skomponowane” pod grę „nuty” na gryfie. Gdy zaczynamy młócić solówkę naprawdę można poczuć się jak na koncercie! Całość podłączona do dobrego zestawu audio daje wielkiego kopa.
Warto jednak zwrócić uwagę, że to nie to samo co gra na prawdziwej gitarze i na pewno mi jej nie zastąpi. „Wyciskanie” riffów dobywających się z potężnego wzmacniacza daje znacznie więcej satysfakcji niż uderzanie w plastikowe guziczki i plastikowego whaammy bara.
Mimo wszystko muszę napisać, że w tym momencie Guitar Hero 2 to dla mnie najlepsza gra muzyczna jaka powstała. Przebija nawet świetne Dance Dance Revolution. Niesamowita zabawa dla każdego fana dobrych, rockowych brzmień!
Fanfary proszę! (w tle rozlegają się donośne dźwięki trąb i nie mniej donośne dźwięki organów kościelnych) Wreszcie nadszedł! Po latach oczekiwania, po licznych zapowiedziach, po dziesiątkach kolorowych screenów! Nareszcie wyłania się z radioaktywnej mgły! Mężny, odważny, barczysty… i kulejący. Chyba się zaraz wywróci. Wyłączcie na Boga te fanfary! (wszystkie dźwięki milkną)
Ja, moi drodzy i wierni czytelnicy, nie potrzebuje gier opatrzonych świetną, cudowną i pełną wodotrysków grafiką (to, że gram w Gears of War o niczym nie świadczy). Ja, moi drodzy parafianie, potrzebuje przede wszystkim klimatu i grywalności, a te dwa elementy miał mi zagwarantować oczekiwany od przeszło 6 lat Stalker. Niestety, coś mu po drodze nie wyszło.
Odpalając Stalkera nie nastawiałem się na rewelacyjną oprawę graficzną, dlatego to, co zobaczyłem wcale mnie nie zaskoczyło. Gra wygląda dokładnie tak, jakby ją robiono 6 lat zapominając przy tym o fakcie, że nastały czasy next-genów. Niemniej, ta zakurzona już oprawa graficzna posiada swój specyficzny, brudny i szary klimat, który nawet pasuje do tematyki pozycji. Zniszczone, zdezelowane bloki, zabite blachami domy, wypełnione żelastwem złomowiska, puste, szerokie łąki i szalejące wyładowania elektryczne. W niewielkich wioskach przesiadują zakapturzeni, uzbrojeni osobnicy, rozmawiający ze sobą – a jakże – po rosyjsku. Klimacik niczego sobie, jednak psuje go kilka elementów.
Stalker miał wiernie odwzorować Czarnobyl i jego okolice. Niestety, albo producenci mówili o innym Czarnobylu, albo pomylili mapy, albo też oglądali nie te zdjęcia co trzeba. Jeśli ktoś interesuje się tą tematyką, szybko zauważy, że teren, który przyjdzie nam zwiedzać w grze jest przeraźliwie pusty, smutny i bardzo mało urozmaicony. Wystarczy zapoznać się z kilkoma informacjami o Czarnobylu oraz odwiedzić niektóre strony Internetowe, aby zauważyć ogromne różnice między rzeczywistym wizerunkiem totalnie zniszczonej krainy, a tym co zaserwował nam producent.
Kolejnym mankamentem jest animacja, którą chyba ekipa odpowiedzialna za Stalkera nie zdążyła dopracować. Wyraźnie mieli za mało czasu i musieli zapożyczyć całość z Wolfenstein 3D. Strzelanie – szczególnie z pistoletów – jest sztywne niczym kij od miotły. Broń zdaje się być przeklejona do ekranu. Z karabinami jest nieco lepiej, ale tylko „nieco”.
Ostatnią rzeczą, do której muszę się przyczepić, jest brak jakichkolwiek pojazdów. Całkiem słuszne połacie terenów musimy przechodzić na piechotę. Pół biedy, gdyby te tereny były ładne, urozmaicone i ciekawie zaprezentowane. Ale na to najwyraźniej też było zbyt mało czasu. Przez większą część gry będziemy wędrowali pustą, asfaltową drogą z pustymi, szarymi polami naokoło. Nie licząc kilku psów krążących nieopodal. Reksio – aport!
Stalker, to gra, która posiada ogromny potencjał. Nawet mimo kilku poważnych błędów, nadal można poczuć specyficzny, charakterystyczny klimat. Niestety ogromne niedopracowanie zaważyło na finalnym produkcie. Czasami mamy wrażenie, jakbyśmy grali w wersję beta. Szkoda. Szkoda wielkiego, zmarnowanego potencjału, gdyż mógł z tej gry być wielki hit. Czegoś zabrakło. Samozaparcia? Mobilizacji? Pomysłów? Pieniędzy? Bo czasu chyba nie, prawda?
Chyba staję się powoli stetryczały. Coraz więcej gier mnie denerwuje, coraz więcej „rewolucyjnych” pozycji nudzi mnie po kilku minutach zabawy i coraz więcej potrafię skrytykować zamiast pochwalić. I to nie tylko w dziedzinie elektronicznej rozrywki – ewidentne ubytki znajduję i w filmach, i w książkach, o mediach nie wspominając. Nie dziwi zatem fakt, że strasznie mnie denerwują chwilowe „mody” na daną rzecz, dany ciuch, dany temat w prasie. Ostatnio niezwykle modna stała się gra Second Life, która rozpoczęła swój podbój wirtualnego świata w 2003 roku.
Po przeczytaniu kolejnego artykułu o Second Life, zastanowiłem się, kiedy zobaczę kolorowe ludziki w „Życiu na gorąco” lub w „Tele Tygodniu”. Boom na Second Life strasznie mnie denerwuje, tym bardziej, że owy boom w skali światowej nakręca niesłychanie sprawna machina marketingowa firmy Linden, która jest odpowiedzialna za Drugie Życie.
Czym jest Second Life? Wirtualnym światem, który ma symulować w jak najwierniejszym stopniu realne życie, wraz z jego rynkiem, ekonomią i prawami egzystencji. To gracze tworzą świat Second Life – otwierają sklepy, zakładają firmy, kupują działki, budują domy, a nawet ogromne aglomeracje i wesołe miasteczka pokrywające całe wyspy. Second Life jest zarazem wielkim fenomenem, jak i wynikiem ogromnej machiny marketingowej.
Pierwsze sprytne kłamstwo widzimy już po wejściu na stronę Second Life, gdzie czytamy – „Since opening to the public in 2003, it has grown explosively and today is inhabited by a total of 4,625,890 people from around the globe”. Z tej informacji ślicznie wynika, że w grze będziemy uczestniczyli wraz z niemal 5 milionami (sick!) osób równocześnie. Nic bardziej mylnego. Wystarczy chwilkę pogrzebać w statystykach, aby zauważyć, że ilość osób czynnie biorących udział w zabawie w danym momencie oscyluje w granicach 10 tysięcy. Reszta to tak zwane „martwe konta”, czyli osoby, które weszły, zobaczyły i uciekły.
Kolejny, celny chwyt marketingowy, to znane osoby (aktorzy, piosenkarze), którzy – rzekomo – posiadają swe awatary w świecie gry. Co prawda nikt ich nigdy nie widział i nic o nich nie słyszał, ale na pewno krążą po Second Life skryci w mgle mroku i tajemnicy.
Ostatni z chwytów, to fakt, że można pieniądze z Second Life zamieniać na dolary (i w drugą stronę: dolary na Lindeny). Dzięki temu, wiele osób pragnie wzbogacić się zakładając firmę lub sklep w świecie Second Life. Szansa na zarobienie jakichkolwiek realnych pieniędzy w SL jest minimalna. Oczywiście są osoby, które się swojego dorobiły w wirtualnej rzeczywistości Drugiego Życia, ale wyjątki potwierdzają regułę.
Mimo tych wszystkich, sprytnych kruczków i haczyków (jeśli chcemy posiadać własną ziemię i dom musimy opłacać abonament), trzeba przyznać, że Second Life to pewnego rodzaju fenomen. Świat w całości kontrolowany i tworzony przez graczy wraz z jego ekonomią, polityką i zasadami. Jest to pewnego rodzaju krok na przód w zakresie wirtualnej rzeczywistości.
Second Life jest grą bardzo ciekawą, jednak uważam, że ciekawostką pozostanie. Ja za podwójne życie podziękowałem. Wystarczą mi problemy tego realnego.
Niedługo na sklepowych półkach zgrabnie wyląduje długo wyczekiwane (bo aż przez 6 lat) dzieło ukraińskiego studia GSC Game World – Stalker. Nie wszyscy jednak wiedzą, że swego czasu o Stalkerach było bardzo głośno, a to za sprawą filmu z 1979 roku!
Rosyjski reżyser Andrei Tarkovsky nakręcił wzruszającą i niesamowitą filozoficzną historię na pograniczu sci-fi. Opowiada ona o losach Stalkera – osoby, która dzięki swym niezwykłym umiejętnościom potrafi przedrzeć się do tak zwanej Zony strzeżonej przez żołnierzy. Na terenie niebezpiecznych terenów znajduje się tajemnicza komnata, która potrafi spełniać ludzkie życzenia. Film przedstawia nam wędrówkę Stalkera oraz dwóch osób w kierunku „magicznej” komnaty.
Stalker to film bardzo charakterystyczny i okraszony specyficznym nastrojem. Poniżej jeden z klimatycznych fragmentów z dzieła Tarkovsky’ego:
Tarkovsky kręcąc Stalkera kierował się bardzo luźno książką Arkadija i Borysa Strugackich „Roadside Picnic”, która zaprasza nas na wycieczkę po post-apokaliptycznych terenach wypełnionych tajemniczymi artefaktami. Grupa odważnych ludzi robi wypady do Zony w poszukiwaniu cennych przedmiotów narażając się tym samym na silne zmiany grawitacji.
Jako ciekawostkę warto napisać, że reżyser David Jacobson zajmie się pisanie scenariusza i reżyserią filmu „Roadside Picnic”. To będzie już drugi film opowiadający o Stalkerach.
Seria C&C zapisała się już złotymi zgłoskami w historii elektronicznej rozrywki. Trzeba przyznać, że zupełnie słusznie. Obok Dune 2 stanowiła swoisty przełom i wielki krok naprzód w obrębie gatunku RTSów. Niestety problem jest dość poważny – od tego momentu NIC się nie zmieniło w strategiach czasu rzeczywistego.
Jeśli ktoś poprosiłby mnie o wskazanie oryginalnego RTSa, niestety nie podołałbym temu zadaniu. Zwracam uwagę, że chodzi o „oryginalnego”, a nie efektownego i grywalnego, bo takich pojawiło się dużo i na pewno pojawi jeszcze więcej. Warto jednak zwrócić uwagę, że wszystkie gry RTS wałkują cały czas ten sam, nudny do bólu schemat. Czy naprawdę nie można wymyślić już nic nowego, unikalnego i wprowadzającego powiew świeżości na zakurzone półki wypełnione bazami i podobnymi jak dwie krople wody oddziałami?
Trzecia odsłona Command & Conquer otrzymała ocenę 90% w czasopiśmie PC Gamer, które zamieściło na swych łamach pierwszą na świecie recenzję C&C. Co więcej, gra została określona jako powrót do korzeni serii. Cóż. Ja tutaj nie widzę żadnego powrotu do korzeni – prędzej powrót do powielanych po raz n-ty utartych schematów. No ale jak zwał, tak zwał.
Wersja demonstracyjna C&C 3 oddaje nam do dyspozycji pierwsze misje z kampanii GDI oraz jedną mapę w trybie skirmish. Dodatkowo twórcy wycwanili się i jakże inteligentnie zablokowali możliwość save’owania gry – nie ma to jak sztuczne wydłużanie czasu zabawy.
Kampania przeplatana jest ciekawymi przerywnikami filmowymi (oczywiście z prawdziwymi aktorami), które wyszły bardzo dobrze – przynajmniej te w demku. Ogląda się je z nieskrywaną przyjemnością. Szkoda tylko, że nie zatrudniono troszkę ładniejszych aktorek.
Po ambitnym i efektownym filmiku przechodzimy do misji i… i robimy dokładnie to samo, co w setkach innych RTSów – nudna rozbudowa bazy, zakupienie całej masy jednostek i puszczenie ich na siedzibę wroga. Koniec. Happy End. Oglądamy następny filmik, znowu budujemy bazę, znowu puszczamy jednostki i znowu koniec. Ile można? Do znudzenia.
O co chodzi? Czy zmiana oprawy graficznej, dodanie nowej fabuły i lekka modyfikacja jednostek to jakaś rewolucja? Owszem, gra jest bardzo przyjemna ale nie wprowadza kompletnie nic nowego. Osobiście już mi niedobrze od kolejnego rozbudowywania bazy, czekania aż wyprodukują się setki jednostek, grupowania ich i puszczania na wroga. Po prostu odwieczny schemat RTSów mnie znudził.
To krótkie demko w pełni pokazało mi całą grę i jestem przekonany, że niczym mnie już nowym nie zaskoczy. Zresztą niczym nie zaskoczyła. Ot dobry RTS, który niczym nie różni się od innych. Jest jak kropla wrzucona do kałuży, o której szybko się zapomina. O C&C3 również bardzo szybko zapomnimy.
Przeszedłem misje, zagrałem w skirmish, ziewnąłem, mlasnąłem, napiłem się herbaty i wróciłem do radosnej rzezi w Gears of War. A wersja demo C&C wylądowało w koszu. Rzekłem.
Od pewnego czasu, bardzo modna stała się ostra, ironiczna krytyka, posypana odpowiednią dawką głupoty, debilizmu, ale też inteligentnych i trafnych komentarzy oraz ciekawych spostrzeżeń. W Polsce prekursorem „fali idiotycznej krytyki” stał się mister Wojewódzki, który pięknie zareklamował swoją osobę w Idolu, a obecnie prowadzi swój jakże ambitny program, gdzie królują tematy z dupy (dosłownie) wzięte.
Serwis Youtube.com (który ślicznie skomentował mój ojciec – „co to za gówno?”) jest miejscem, gdzie różni młodociani krytycy/jackassowi samobójcy/ambitni muzycy/idioci próbują swych sił licząc, że ktoś ich zauważy. Nie zabrakło również osobistości ze świata elektronicznej rozrywki. Kimś takim jest właśnie Nintendo Nerd.
Cechy charakterystyczne naszego bohatera to biała, schludna koszula, obowiązkowo długopisy zatknięte za jej kieszonkę, okulary oraz pad od Nintendo. Nie można zapominać o stosie old-schoolowych gier na konsolę.
Nintendo Nerd należy do wspomnianej przeze mnie wyżej „fali idiotycznej krytyki” – chłopak w sposób iście rozbrajający znęca się nad różnymi znanymi pozycjami na konsolę Nintendo. Warto zwrócić uwagę, że robi to genialnie, dowcipnie i – co najważniejsze – jego uwagi są niezwykle trafne. Jeśli zawsze pragnęliście zrównać z błotem old-schoolowe, nielogiczne i głupie gierki, możecie to teraz zrobić w doborowym towarzystwie. Angry Nintendo Nerd atakuje. Polecam z całego serca!
Oficjalna strona Nintendo Nerd: http://www.myspace.com/thenintendonerd
Nie, to nie jest sen. Microsoft chce podbić kolejny segment rynku elektronicznej rozrywki – tym razem będzie atakował przedział „mini”, czyli handheldów. Do tej pory Nintendo oraz Sony mogły beztrosko szaleć ze swoimi podręcznymi konsolkami, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo z czeluści dolara wyjrzy kolejny zawodnik.
Sieć oczywiście zapełniła się różnego rodzaju „prototypami” przenośnych konsol od Microsoftu – oczywiście wszystkie to te „prawdziwe” i „jedyne słuszne” opcje. Mam wrażenie, że gdyby Microsoft wypuścił handhelda wyglądającego jak któryś z tych prototypów, to sam wykopałby sobie grób. Zresztą popatrzcie sami.
Tutaj jest mój ulubiony „okaz”. Wprost niesamowicie modne kształty, intuicyjne rozlokowanie przycisków i małe rozmiary składają się na genialną przenośną konsolkę. Nic tylko kupować.
W tym przypadku ktoś się już bardziej wysilił i przerobił ślicznie DSa. Osobna sprawa, że całość prezentuje się dość schludnie – jak to DS. Ciekawe tylko co robi na środku ta klawiatura?
Kolejny prototyp, to pad z doczepionym ekranikiem LCD. Bardzo ambitne podejście do tematu – trzeba przyznać. Szkoda, że już tak ambitnie nie wygląda. Pomijam fakt, że mi się średnio podoba wygląd padów do Xboxa 360.
A tutaj mamy najnowszą wersję handhelda Microsoftu. Wygląda chyba najlepiej z całej gromadki konsolek, a obszar przeznaczony do sterowania troszkę przypomina jedną z komórek Motoroli. Nie zmienia to faktu, że to zapewne kolejny fake.
Jak widać prototypów się namnożyło. Problem jest jeden – nikt jeszcze nie widział tego prawdziwego. Fakt, że Microsoft chce podbić również rynek handheldów nie dziwi. Zaplecze zarówno finansowe, jak i techniczne posiada, a dzięki konsoli Xbox firma pokazała, że na konsolach się zna o wiele lepiej, niż na dziurawych systemach operacyjnych. Pozostaje oczekiwać nadejścia Mini-Xika.
Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo – a tym bardziej, że będzie łatwo w Polsce. W naszym pięknym kraju można polegać wyłącznie na sobie. W tym przeświadczeniu upewniła mnie wycieczka po kilku sklepach z serii „nie dla idiotów” w celu zakupienia nowiutkiej konsoli Microsoftu, która już troszkę temu na nasz rynek wkroczyła. Wycieczka ta zakończyła się zupełnym zwątpieniem w wiedzę „fach-manów” ze stoisk multimedialnych. Skąd oni biorą tych ludzi? Z podziemia?
Moją przygodę rozpocząłem od Empiku. Do „jaskini kultury” wkroczyłem raczej z ciekawości, gdyż konsolę planowałem kupić w promocji Media Markt. Mimo wszystko, chciałem zorientować się, jak wygląda sytuacja cenowo-sprzętowa w moim pięknym mieście. Pudełeczka z konsolami leżały wysoko na półkach – chyba specjalnie je tak ułożono, aby przypadkiem nikt ich nie zauważył. Niestety nigdzie nie mogłem znaleźć ceny sprzętu. Tabliczka, na której powinna być magiczna liczba uśmiechała się do mnie drwiącą pustką białego papieru. Po kilku minutach udało mi się złapać zabieganego pracownika Empiku i spytać się o cenę konsoli. W odpowiedzi usłyszałem rzucone niedbale „jakoś około 1400 złotych” (od kiedy 1599zł jest „około 1400zł” jeszcze nie udało mi się dowiedzieć). Ku rozpaczy biednego młodziana w czerwonej koszulce drążyłem temat dalej i starałem się dowiedzieć jakie gry są dołączone do sprzętu – „to są do niego dołączane jakieś gry?”. Upadłem.
Kolejnym przystankiem był Media Markt, gdzie udało mi się kupić konsolę w cenie promocyjnej. Mimo to, pracownik działu multimediów nie wywinął się przed moją podchwytliwą serią pytań. Jako że planowałem podłączyć sprzęt do monitora, potrzebowałem odpowiedniego kabla, który dla ekipy z MM okazał się wielką zagadką i tajemnicą. Gdy wypytywałem się o kabelek, pracownik MM miał taką minę, jakbym prosił go o prysznic z satelitą. Po dłuższej chwili tłumaczenia, o co mi tak naprawdę chodzi, fachowiec poprowadził mnie do skromnej półeczki z akcesoriami do X-a i wskazał kabel S-VGA. Próby dowiedzenia się o rożne rodzaje kabli VGA zakończyły się szybką odpowiedzią: „niech Pan poszpera w Internecie”. Już ja mu poszperam…
W czasie wizyty w Saturnie (który, nota bene, należy do tej samej firmy co Media Markt), szczerzący zęby Pan co prawda od razu poprowadził mnie do kabli, ale do kabli ze złączem Component, które bynajmniej nie pomogą w połączeniu konsoli z monitorem. Innych nie mieli – czekali na dostawę. Z ciekawości ostatnio poszedłem zobaczyć, czy sytuacja w Saturnie się zmieniła. Niestety nie – nadal czekają na dostawę. Widać nie dostali pod choinkę.
Skąd się to wszystko bierze? Czy naprawdę jest tak trudno dowiedzieć się kilka rzeczy o nowym sprzęcie, który zawitał do Polski? Tym bardziej, że zakupy robiłem już kilka miesięcy po premierze konsoli w naszym kraju! Co najgorsze, podobna sytuacja jest na stoiskach z telewizorami. Dla niektórych pracowników HD to nadal technologia przywieziona z Marsa i jakakolwiek wiedza w tym zakresie nie obowiązuje. Z drugiej strony, ten brak wiedzy w zupełności wystarcza aby wcisnąć jakiś chłam podnieconej rodzince, która widzi ekran większy od drzwi do mieszkania i kolorowy, błyszczący napisik HD Ready.
Niewiedza jest straszna, ale często brak towaru jest jeszcze gorszy. Potrzebne akcesoria do X-a jest okropnie trudno zdobyć. Sklepy co prawda mają wydzielone osobne miejsca na „bajerki” do konsoli Microsoftu, ale z reguły nie ma tam tego, czego szukamy. Zdobycie kabla VGA graniczy z cudem, a w Empiku – od czasu kiedy kupiłem ostatniego pada – nie zrobili dostawy! Ale za to można kupić pilot do Xboxa. Cudownie! Zawsze marzyłem o pilocie do konsoli!
Pamiętajcie. Udając się do sklepu w celu zakupienia konkretnej rzeczy, zawsze róbcie swój prywatny wywiad, zbierajcie informacje o sprzęcie i idźcie na zakupy przygotowani niczym na egzamin. Tylko w ten sposób będziecie mogli zweryfikować, czy ten uśmiechnięty/znudzony „Doradca Fachowy” wie o czym mówi, czy pierniczy od rzeczy. Najczęściej zakończy się na tym drugim.
Tak przynajmniej stwierdził Bill Gates w czasie wywiadu dla jednej z japońskich telewizji. Według wesołego Billa największą konkurencją dla nowej konsoli Microsoftu nie będzie Sony, a przenośna konsolka DS oraz Wii, które niedawno wdreptało na światowe rynki.
Kolejny, subtelny atak na Sony? Drwina w żywe oczy? Można by tak całą sytuację odebrać, gdyby nie drobny fakt, że zdanie to zostało wypowiedziane w Japonii, gdzie – jak wiadomo – pozycja X-a jest bardzo słaba (acz stale rośnie). Bill zapewne miał na myśli tamtejszy rynek, a nie europejski oraz amerykański – z drugiej strony, nic takiego nie powiedział.
Teorii spiskowych zaczęło się mnożyć w zastraszającym tempie, a „fan-boye” X-klocka znaleźli kolejny powód aby z radością równać z błotem „fan-boy’ów” Sony. Czyż to nie urocze?
Warto zwrócić uwagę, że Sony siedzi cichutko w czasie gdy o X-boxie jest wszem i wobec niezwykle głośno. Bardzo możliwe, że to cisza przed burzą.
PS. Spójrzcie jak Bill się wesoło uśmiecha w czasie tego wywiadu. W sumie ma powody do radości