Trzeba uaktualnić wreszcie dział “Ostatnio nagrane”. Ot tak, żeby nikt nie pomyślał, że to taki pic na wodę
Kawałeczek nagrany pod “wpływem chwili” – w większości improwizowany. Zapraszam do przesłuchania:
Trzeba uaktualnić wreszcie dział “Ostatnio nagrane”. Ot tak, żeby nikt nie pomyślał, że to taki pic na wodę
Kawałeczek nagrany pod “wpływem chwili” – w większości improwizowany. Zapraszam do przesłuchania:
Chyba staję się powoli stetryczały. Coraz więcej gier mnie denerwuje, coraz więcej „rewolucyjnych” pozycji nudzi mnie po kilku minutach zabawy i coraz więcej potrafię skrytykować zamiast pochwalić. I to nie tylko w dziedzinie elektronicznej rozrywki – ewidentne ubytki znajduję i w filmach, i w książkach, o mediach nie wspominając. Nie dziwi zatem fakt, że strasznie mnie denerwują chwilowe „mody” na daną rzecz, dany ciuch, dany temat w prasie. Ostatnio niezwykle modna stała się gra Second Life, która rozpoczęła swój podbój wirtualnego świata w 2003 roku.
Po przeczytaniu kolejnego artykułu o Second Life, zastanowiłem się, kiedy zobaczę kolorowe ludziki w „Życiu na gorąco” lub w „Tele Tygodniu”. Boom na Second Life strasznie mnie denerwuje, tym bardziej, że owy boom w skali światowej nakręca niesłychanie sprawna machina marketingowa firmy Linden, która jest odpowiedzialna za Drugie Życie.
Czym jest Second Life? Wirtualnym światem, który ma symulować w jak najwierniejszym stopniu realne życie, wraz z jego rynkiem, ekonomią i prawami egzystencji. To gracze tworzą świat Second Life – otwierają sklepy, zakładają firmy, kupują działki, budują domy, a nawet ogromne aglomeracje i wesołe miasteczka pokrywające całe wyspy. Second Life jest zarazem wielkim fenomenem, jak i wynikiem ogromnej machiny marketingowej.

Pierwsze sprytne kłamstwo widzimy już po wejściu na stronę Second Life, gdzie czytamy – „Since opening to the public in 2003, it has grown explosively and today is inhabited by a total of 4,625,890 people from around the globe”. Z tej informacji ślicznie wynika, że w grze będziemy uczestniczyli wraz z niemal 5 milionami (sick!) osób równocześnie. Nic bardziej mylnego. Wystarczy chwilkę pogrzebać w statystykach, aby zauważyć, że ilość osób czynnie biorących udział w zabawie w danym momencie oscyluje w granicach 10 tysięcy. Reszta to tak zwane „martwe konta”, czyli osoby, które weszły, zobaczyły i uciekły.
Kolejny, celny chwyt marketingowy, to znane osoby (aktorzy, piosenkarze), którzy – rzekomo – posiadają swe awatary w świecie gry. Co prawda nikt ich nigdy nie widział i nic o nich nie słyszał, ale na pewno krążą po Second Life skryci w mgle mroku i tajemnicy.
Ostatni z chwytów, to fakt, że można pieniądze z Second Life zamieniać na dolary (i w drugą stronę: dolary na Lindeny). Dzięki temu, wiele osób pragnie wzbogacić się zakładając firmę lub sklep w świecie Second Life. Szansa na zarobienie jakichkolwiek realnych pieniędzy w SL jest minimalna. Oczywiście są osoby, które się swojego dorobiły w wirtualnej rzeczywistości Drugiego Życia, ale wyjątki potwierdzają regułę.
Mimo tych wszystkich, sprytnych kruczków i haczyków (jeśli chcemy posiadać własną ziemię i dom musimy opłacać abonament), trzeba przyznać, że Second Life to pewnego rodzaju fenomen. Świat w całości kontrolowany i tworzony przez graczy wraz z jego ekonomią, polityką i zasadami. Jest to pewnego rodzaju krok na przód w zakresie wirtualnej rzeczywistości.
Second Life jest grą bardzo ciekawą, jednak uważam, że ciekawostką pozostanie. Ja za podwójne życie podziękowałem. Wystarczą mi problemy tego realnego.
Niedługo na sklepowych półkach zgrabnie wyląduje długo wyczekiwane (bo aż przez 6 lat) dzieło ukraińskiego studia GSC Game World – Stalker. Nie wszyscy jednak wiedzą, że swego czasu o Stalkerach było bardzo głośno, a to za sprawą filmu z 1979 roku!

Rosyjski reżyser Andrei Tarkovsky nakręcił wzruszającą i niesamowitą filozoficzną historię na pograniczu sci-fi. Opowiada ona o losach Stalkera – osoby, która dzięki swym niezwykłym umiejętnościom potrafi przedrzeć się do tak zwanej Zony strzeżonej przez żołnierzy. Na terenie niebezpiecznych terenów znajduje się tajemnicza komnata, która potrafi spełniać ludzkie życzenia. Film przedstawia nam wędrówkę Stalkera oraz dwóch osób w kierunku „magicznej” komnaty.
Stalker to film bardzo charakterystyczny i okraszony specyficznym nastrojem. Poniżej jeden z klimatycznych fragmentów z dzieła Tarkovsky’ego:
Tarkovsky kręcąc Stalkera kierował się bardzo luźno książką Arkadija i Borysa Strugackich „Roadside Picnic”, która zaprasza nas na wycieczkę po post-apokaliptycznych terenach wypełnionych tajemniczymi artefaktami. Grupa odważnych ludzi robi wypady do Zony w poszukiwaniu cennych przedmiotów narażając się tym samym na silne zmiany grawitacji.
Jako ciekawostkę warto napisać, że reżyser David Jacobson zajmie się pisanie scenariusza i reżyserią filmu „Roadside Picnic”. To będzie już drugi film opowiadający o Stalkerach.
Seria C&C zapisała się już złotymi zgłoskami w historii elektronicznej rozrywki. Trzeba przyznać, że zupełnie słusznie. Obok Dune 2 stanowiła swoisty przełom i wielki krok naprzód w obrębie gatunku RTSów. Niestety problem jest dość poważny – od tego momentu NIC się nie zmieniło w strategiach czasu rzeczywistego.
Jeśli ktoś poprosiłby mnie o wskazanie oryginalnego RTSa, niestety nie podołałbym temu zadaniu. Zwracam uwagę, że chodzi o „oryginalnego”, a nie efektownego i grywalnego, bo takich pojawiło się dużo i na pewno pojawi jeszcze więcej. Warto jednak zwrócić uwagę, że wszystkie gry RTS wałkują cały czas ten sam, nudny do bólu schemat. Czy naprawdę nie można wymyślić już nic nowego, unikalnego i wprowadzającego powiew świeżości na zakurzone półki wypełnione bazami i podobnymi jak dwie krople wody oddziałami?
Trzecia odsłona Command & Conquer otrzymała ocenę 90% w czasopiśmie PC Gamer, które zamieściło na swych łamach pierwszą na świecie recenzję C&C. Co więcej, gra została określona jako powrót do korzeni serii. Cóż. Ja tutaj nie widzę żadnego powrotu do korzeni – prędzej powrót do powielanych po raz n-ty utartych schematów. No ale jak zwał, tak zwał.

Wersja demonstracyjna C&C 3 oddaje nam do dyspozycji pierwsze misje z kampanii GDI oraz jedną mapę w trybie skirmish. Dodatkowo twórcy wycwanili się i jakże inteligentnie zablokowali możliwość save’owania gry – nie ma to jak sztuczne wydłużanie czasu zabawy.
Kampania przeplatana jest ciekawymi przerywnikami filmowymi (oczywiście z prawdziwymi aktorami), które wyszły bardzo dobrze – przynajmniej te w demku. Ogląda się je z nieskrywaną przyjemnością. Szkoda tylko, że nie zatrudniono troszkę ładniejszych aktorek.
Po ambitnym i efektownym filmiku przechodzimy do misji i… i robimy dokładnie to samo, co w setkach innych RTSów – nudna rozbudowa bazy, zakupienie całej masy jednostek i puszczenie ich na siedzibę wroga. Koniec. Happy End. Oglądamy następny filmik, znowu budujemy bazę, znowu puszczamy jednostki i znowu koniec. Ile można? Do znudzenia.
O co chodzi? Czy zmiana oprawy graficznej, dodanie nowej fabuły i lekka modyfikacja jednostek to jakaś rewolucja? Owszem, gra jest bardzo przyjemna ale nie wprowadza kompletnie nic nowego. Osobiście już mi niedobrze od kolejnego rozbudowywania bazy, czekania aż wyprodukują się setki jednostek, grupowania ich i puszczania na wroga. Po prostu odwieczny schemat RTSów mnie znudził.
To krótkie demko w pełni pokazało mi całą grę i jestem przekonany, że niczym mnie już nowym nie zaskoczy. Zresztą niczym nie zaskoczyła. Ot dobry RTS, który niczym nie różni się od innych. Jest jak kropla wrzucona do kałuży, o której szybko się zapomina. O C&C3 również bardzo szybko zapomnimy.
Przeszedłem misje, zagrałem w skirmish, ziewnąłem, mlasnąłem, napiłem się herbaty i wróciłem do radosnej rzezi w Gears of War. A wersja demo C&C wylądowało w koszu. Rzekłem.
Od pewnego czasu, bardzo modna stała się ostra, ironiczna krytyka, posypana odpowiednią dawką głupoty, debilizmu, ale też inteligentnych i trafnych komentarzy oraz ciekawych spostrzeżeń. W Polsce prekursorem „fali idiotycznej krytyki” stał się mister Wojewódzki, który pięknie zareklamował swoją osobę w Idolu, a obecnie prowadzi swój jakże ambitny program, gdzie królują tematy z dupy (dosłownie) wzięte.

Serwis Youtube.com (który ślicznie skomentował mój ojciec – „co to za gówno?”) jest miejscem, gdzie różni młodociani krytycy/jackassowi samobójcy/ambitni muzycy/idioci próbują swych sił licząc, że ktoś ich zauważy. Nie zabrakło również osobistości ze świata elektronicznej rozrywki. Kimś takim jest właśnie Nintendo Nerd.
Cechy charakterystyczne naszego bohatera to biała, schludna koszula, obowiązkowo długopisy zatknięte za jej kieszonkę, okulary oraz pad od Nintendo. Nie można zapominać o stosie old-schoolowych gier na konsolę.
Nintendo Nerd należy do wspomnianej przeze mnie wyżej „fali idiotycznej krytyki” – chłopak w sposób iście rozbrajający znęca się nad różnymi znanymi pozycjami na konsolę Nintendo. Warto zwrócić uwagę, że robi to genialnie, dowcipnie i – co najważniejsze – jego uwagi są niezwykle trafne. Jeśli zawsze pragnęliście zrównać z błotem old-schoolowe, nielogiczne i głupie gierki, możecie to teraz zrobić w doborowym towarzystwie. Angry Nintendo Nerd atakuje. Polecam z całego serca!
Oficjalna strona Nintendo Nerd: http://www.myspace.com/thenintendonerd
Nie, to nie jest sen. Microsoft chce podbić kolejny segment rynku elektronicznej rozrywki – tym razem będzie atakował przedział „mini”, czyli handheldów. Do tej pory Nintendo oraz Sony mogły beztrosko szaleć ze swoimi podręcznymi konsolkami, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo z czeluści dolara wyjrzy kolejny zawodnik.
Sieć oczywiście zapełniła się różnego rodzaju „prototypami” przenośnych konsol od Microsoftu – oczywiście wszystkie to te „prawdziwe” i „jedyne słuszne” opcje. Mam wrażenie, że gdyby Microsoft wypuścił handhelda wyglądającego jak któryś z tych prototypów, to sam wykopałby sobie grób. Zresztą popatrzcie sami.
Tutaj jest mój ulubiony „okaz”. Wprost niesamowicie modne kształty, intuicyjne rozlokowanie przycisków i małe rozmiary składają się na genialną przenośną konsolkę. Nic tylko kupować.

W tym przypadku ktoś się już bardziej wysilił i przerobił ślicznie DSa. Osobna sprawa, że całość prezentuje się dość schludnie – jak to DS. Ciekawe tylko co robi na środku ta klawiatura?
![]()
Kolejny prototyp, to pad z doczepionym ekranikiem LCD. Bardzo ambitne podejście do tematu – trzeba przyznać. Szkoda, że już tak ambitnie nie wygląda. Pomijam fakt, że mi się średnio podoba wygląd padów do Xboxa 360.

A tutaj mamy najnowszą wersję handhelda Microsoftu. Wygląda chyba najlepiej z całej gromadki konsolek, a obszar przeznaczony do sterowania troszkę przypomina jedną z komórek Motoroli. Nie zmienia to faktu, że to zapewne kolejny fake.

Jak widać prototypów się namnożyło. Problem jest jeden – nikt jeszcze nie widział tego prawdziwego. Fakt, że Microsoft chce podbić również rynek handheldów nie dziwi. Zaplecze zarówno finansowe, jak i techniczne posiada, a dzięki konsoli Xbox firma pokazała, że na konsolach się zna o wiele lepiej, niż na dziurawych systemach operacyjnych. Pozostaje oczekiwać nadejścia Mini-Xika.
Jeszcze nie tak dawno pisałem o problemach, jakie sprawiają najnowsze technologie pracownikom wielkich marketów „nie dla idiotów”. Okazuje się, że nie tylko radośni sprzedawcy na stoiskach z mediami mają kłopoty z wielkim objawieniem, jakim okazała się telewizja wysokiej rozdzielczości – HDTV.
Tak jak większość filmów i producentów z pewnością zaciera ręce z myślą o cudach wizualnych, które będą mogły dobywać się z ekranów telewizorów, tak twórcy filmów erotycznych są w wielkim kłopocie. O ironio!

Okazuje się, że telewizje wysokiej rozdzielczości pokazują… za dużo! Boskie divy, które kręcą swymi bardziej lub mniej zgrabnymi ciałkami na filmach erotycznych mają nie lada problem do zgryzienia, gdyż w HDTV odbiorca od razu zobaczy wszystkie ich – mówiąc dosadnie – „ubytki”, które niska rozdzielczość skutecznie tuszowała. Dodatkową pracę mają biedni panowie od sztucznego poprawiania piękna różnymi sprytnymi programikami.
Producenci filmów porno to jednak sprytne bestie i już zaczynają kręcić filmy używając odpowiedniego oświetlenie i ujęć, które ukryją to, co matka natura ukryć nie chciała. Co bardziej znane firmy z porno biznesu chwalą się, że od dawna używają stosownych kamer wysokiej rozdzielczości. Szkoda tylko, że płyty DVD z ich filmami owych rozdzielczości nie posiadają. To używają ich, czy nie używają?
Filmy erotyczne powinny pokazywać jak najwięcej. Dla erotomanów HDTV może być wielkim problemem, gdyż pokazuje aż za dużo. Welcome to the real world!
Gore (wikipedia) – rodzaj horroru filmowego, charakteryzujący się dużą ilością krwi oraz wnętrzności, ludzkich oraz zwierzęcych.
Komercja dosięga wszystko, moje drogie dzieci. Nawet krew już nie może się lać normalnie, nawet wnętrzności nie mogą radośnie biegać po ścianach, a mózgi uderzać w sufit. Przynajmniej w kinach. Obecnie Cannibal Holocaust przekształca się w „Komercja Holocaust”.
Oglądnąłem ostatnio trzy filmy: Piła III, Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną: Powrót oraz Severance, który – paradoksalnie – okazał się najciekawszy z tych wszystkich ambitnych „dzieł” zwanych bardzo odważnie – gore.

Pozwolę sobie pominąć kwestie ambitnej fabuły, której zawiłość spowodowała moje głębsze otępienie i zamarcie w fotelu. Do dzisiaj myślę o skomplikowanych „grach” w Pile 3 i o zaskakującej akcji w Powrocie Wesołej Piły Mechanicznej. Trzeba jednak przyznać, że to ma być gore, zatem – pal licho – fabułę. Ma być krwisto.
Niestety z tym gore też nie za bardzo. Piła III jest najbardziej kosztowną produkcją z serii, a mimo to – najsłabszą. Zagadki robią się powoli infantylne, a fruwających wnętrzności również odbiorca nie uświadczy. Zastosowane są pospolite chwyty ze „zwykłego kina akcji”, gdzie niby widzimy wszystko, a tak naprawdę nie widzimy nic. Przystojniacha przywiązanych łańcuchami wygląda zaiste mrocznie i straszliwie, ale tylko w pierwszych ujęciach. W momencie kiedy zaczyna wyrywać żelazo ze swojego ciała, mamy wrażenie, jakby odklejał lepce.
Masakra: Początek jest jeszcze bardziej spłycona i już więcej zostało pokazane w grze Gears of War, gdzie zabijanie piłą mechaniczną zaprezentowano w pełnej krasie. Co gorsze, fabuła również leży i kwiczy rozpaczliwie, podobnie jak aktorzy, którzy musieli zagrać w tym filmie.

Severance, mimo że trudno nazwać filmem gore, broni się najlepiej, gdyż jest posypany całkiem niezłą dawką humoru, a bohaterowie to prawdziwe indywidualności, które znalazły się w złym czasie w złym miejscu.
Czasami mam wrażenie, że więcej gore odnajdziemy w amatorskich filmikach na youtube, gdzie nogi fruwają w powietrzu, a wnętrzności wypadają na ziemię kilogramami. I jest to zrobione lepiej, niż w wielomilionowych produkcjach, jak Piła III. Ciekawe? Jak cholera.
Nikt nigdy nie myślał, że filmy gore wejdą na wielkie ekrany i będą robiły taką furorę i zamieszanie w światku kina. Nikt również nie myślał, że będzie to gore tak bardzo spłycone. Wersja rodzinna gore? Zapewne. Ale to wystarczy, aby potem opowiadać wszystkim, jak to widziało się spasionego, ubłoconego typa biegającego po drodze z piłą mechaniczną w wielkim łapsku. Jak to widziało się krwistą jatkę. Jak to podziwiało się łamane kości. I jakie to było straszne i obrzydliwie.
Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo – a tym bardziej, że będzie łatwo w Polsce. W naszym pięknym kraju można polegać wyłącznie na sobie. W tym przeświadczeniu upewniła mnie wycieczka po kilku sklepach z serii „nie dla idiotów” w celu zakupienia nowiutkiej konsoli Microsoftu, która już troszkę temu na nasz rynek wkroczyła. Wycieczka ta zakończyła się zupełnym zwątpieniem w wiedzę „fach-manów” ze stoisk multimedialnych. Skąd oni biorą tych ludzi? Z podziemia?
Moją przygodę rozpocząłem od Empiku. Do „jaskini kultury” wkroczyłem raczej z ciekawości, gdyż konsolę planowałem kupić w promocji Media Markt. Mimo wszystko, chciałem zorientować się, jak wygląda sytuacja cenowo-sprzętowa w moim pięknym mieście. Pudełeczka z konsolami leżały wysoko na półkach – chyba specjalnie je tak ułożono, aby przypadkiem nikt ich nie zauważył. Niestety nigdzie nie mogłem znaleźć ceny sprzętu. Tabliczka, na której powinna być magiczna liczba uśmiechała się do mnie drwiącą pustką białego papieru. Po kilku minutach udało mi się złapać zabieganego pracownika Empiku i spytać się o cenę konsoli. W odpowiedzi usłyszałem rzucone niedbale „jakoś około 1400 złotych” (od kiedy 1599zł jest „około 1400zł” jeszcze nie udało mi się dowiedzieć). Ku rozpaczy biednego młodziana w czerwonej koszulce drążyłem temat dalej i starałem się dowiedzieć jakie gry są dołączone do sprzętu – „to są do niego dołączane jakieś gry?”. Upadłem.

Kolejnym przystankiem był Media Markt, gdzie udało mi się kupić konsolę w cenie promocyjnej. Mimo to, pracownik działu multimediów nie wywinął się przed moją podchwytliwą serią pytań. Jako że planowałem podłączyć sprzęt do monitora, potrzebowałem odpowiedniego kabla, który dla ekipy z MM okazał się wielką zagadką i tajemnicą. Gdy wypytywałem się o kabelek, pracownik MM miał taką minę, jakbym prosił go o prysznic z satelitą. Po dłuższej chwili tłumaczenia, o co mi tak naprawdę chodzi, fachowiec poprowadził mnie do skromnej półeczki z akcesoriami do X-a i wskazał kabel S-VGA. Próby dowiedzenia się o rożne rodzaje kabli VGA zakończyły się szybką odpowiedzią: „niech Pan poszpera w Internecie”. Już ja mu poszperam…
W czasie wizyty w Saturnie (który, nota bene, należy do tej samej firmy co Media Markt), szczerzący zęby Pan co prawda od razu poprowadził mnie do kabli, ale do kabli ze złączem Component, które bynajmniej nie pomogą w połączeniu konsoli z monitorem. Innych nie mieli – czekali na dostawę. Z ciekawości ostatnio poszedłem zobaczyć, czy sytuacja w Saturnie się zmieniła. Niestety nie – nadal czekają na dostawę. Widać nie dostali pod choinkę.
Skąd się to wszystko bierze? Czy naprawdę jest tak trudno dowiedzieć się kilka rzeczy o nowym sprzęcie, który zawitał do Polski? Tym bardziej, że zakupy robiłem już kilka miesięcy po premierze konsoli w naszym kraju! Co najgorsze, podobna sytuacja jest na stoiskach z telewizorami. Dla niektórych pracowników HD to nadal technologia przywieziona z Marsa i jakakolwiek wiedza w tym zakresie nie obowiązuje. Z drugiej strony, ten brak wiedzy w zupełności wystarcza aby wcisnąć jakiś chłam podnieconej rodzince, która widzi ekran większy od drzwi do mieszkania i kolorowy, błyszczący napisik HD Ready.
Niewiedza jest straszna, ale często brak towaru jest jeszcze gorszy. Potrzebne akcesoria do X-a jest okropnie trudno zdobyć. Sklepy co prawda mają wydzielone osobne miejsca na „bajerki” do konsoli Microsoftu, ale z reguły nie ma tam tego, czego szukamy. Zdobycie kabla VGA graniczy z cudem, a w Empiku – od czasu kiedy kupiłem ostatniego pada – nie zrobili dostawy! Ale za to można kupić pilot do Xboxa. Cudownie! Zawsze marzyłem o pilocie do konsoli!
Pamiętajcie. Udając się do sklepu w celu zakupienia konkretnej rzeczy, zawsze róbcie swój prywatny wywiad, zbierajcie informacje o sprzęcie i idźcie na zakupy przygotowani niczym na egzamin. Tylko w ten sposób będziecie mogli zweryfikować, czy ten uśmiechnięty/znudzony „Doradca Fachowy” wie o czym mówi, czy pierniczy od rzeczy. Najczęściej zakończy się na tym drugim.
Oglądnąłem Borata. Zrobiłem to bardziej z obowiązku niż z zainteresowania – trzeba być w końcu na czasie. Poza tym nie lubię, jak ktoś rozmawia o filmach, o których nie mam pojęcia.
Oglądnąłem Borata. Będąc szczerym, to prawie usnąłem z nudów. Film jest troszkę inny od Ali G – mniej wulgarny, inaczej kręcony i posiadający iluzję ciekawej fabuły. Dziennikarz z Kazachstanu zabiera ze sobą wszystkie złe maniery swych ziomków i wyrusza na podbój US i A oraz boskiej Pameli „Słoneczny Patrol” Anderson. Borat posiada kilka ciekawych i nawet śmiesznych momentów, ale w większości drzemałem, zastanawiając się kiedy wreszcie wydarzy się coś ciekawego (zaznaczam, że pisząc „ciekawego” nie mam na myśli gonienia się na golasa – tym bardziej jeśli wśród tych golasów jest obrzydliwy, owłosiony grubas).

W każdym razie film niejako zmusił mnie do głębszych przemyśleń. Powiedzcie mi, gdzie są te genialne komedie vide świetna Maska, czy śmieszne dzieła z Murphym? Czy obecne młode społeczeństwo potrafi się śmiać tylko z dup, fruwających siusiaków, przeklinania, rzygania i opróżniania się w miejscach publicznych? Czy naprawdę zatraciliśmy wyczucie smaku i dobrego dowcipu?
Nie twierdzę, że te filmy nie śmieszą – sam rechotałem oglądając Ali G. Ale mimo wszystko, czy to jest normalne? A nawet inaczej – czy nie ma już „normalnych”, naprawdę dobrych komedii? Był Pamiętnik Bridget Jones, o ile można ten film nazwać pełnoprawną komedią. Byli Piraci z Karaibów, ale to film przygodowy lekko przyprawiony dowcipem. No i jest Borat. Jak się mash?
Ostatnio często zacząłem używać sformułowania „społeczeństwo MTV”. Szalenie mi się to podoba. To właśnie tam rozpoczął swą karierę Jackass – program, który dawniej budził tylko niesmak, a teraz stał się wielkim hitem. Dzielni chłopcy z MTV poszli śladem Johnnego Knoxvilla (a tak naprawdę Philipa Johna Clappa) i powstały nowe, błyskotliwe programy jak Viva la Bam oraz zabawiający się ze zwierzątkami Wild Boyz. Cud, miód i orzeszki! Palce lizać! Jak się mash?!
Obecnie MTV to wylęgarnia masowego debilizmu i ograniczenia umysłowego. Yo nigga I’m from America! Program ten, zamiast dobrą muzyką, karmi nas gównianą ramówką, w której producenci chyba prześcigają się w konkursie, kto wymyśli bardziej poroniony program. Stwierdziłem, że ciekawym doświadczeniem będzie zebranie informacji o kilku „elitarnych” programach z MTV, które „Music TV” przestało być kilka dobrych lat temu. Teraz to jest ITV – Idiot TV.

Dismissed – prawdziwy hit dla osób z kompleksem mniejszości! Masz ochotę zaszaleć? Wbijaj śmiało do programu Dismissed! To jedyna okazja aby umówić się nie z jedną, ale z dwoma osobami! Po randkach zaaranżowanych przez MTV, możesz wybrać, z którym z „kandydatów/kandydatek” masz ochotę spędzić romantyczny wieczór. Prawdziwe cudo, ale chyba coś oglądalność spadła, bo pojawiają się też odcinki z gejami. Mmmm Gey Dismissed – ciekawe co na to by powiedział Giertych. You are Dismissed?
Date my Mom! – to jest już program dla ludzi o mocnych nerwach, a szczególnie takich, których pociągają starsze panie. A co, każdemu należy się coś od życia. Kandydat udaje się na randki z trzema „sexy Mamma” i na podstawie tych spotkań musi wybrać jedną z córek. Jaka matka, taka córka? Kto ma ochotę na małe rendevu z mamusią?
Penetratorzy – nie wiem jak Wy, ale ja nienawidzę, gdy mi ktoś grzebie w pokoju. Penetratorzy to kolejny ambitny program, w którym swoją towarzyszkę/towarzysza wybiera się po głębszych oględzinach jego pokoju. Stwierdzam, że po oględzinach mojego pokoju, wybrałaby mnie tylko sadomasochistka. Ale Amerykanie widać lubią takie szperanie w szufladkach.
Jackass/Wild Boyz – wiele komentarzy nie potrzeba. Dupa, sranko, rzyganko, a na śniadanie ruchanko. Jednym słowem wszystko, co obrzydliwe.
Viva la Bam – Prawdziwy niegrzeczny synalek, który ma za dużo kasy. Bam wraz ze swoją cudowną ekipą pokaże Wam, jak wkurzyć rodzinę, jak zrobić z domu skejtpark i jak tłuc ojca. Eh, te nowoczesne modele rodziny.
You Bet It! – Swego czasu w Polsce leciał program, gdzie za określoną sumę pieniędzy ludzie musieli robić różne zabawne, a czasami troszkę poniżające rzeczy. Nie musieli natomiast jeść stosów jajek, połykać surowych ryb, octu, ślimaków, ani biegać na golasa naokoło uczelni. W You Bet It to standard. Kto ma ochotę zjeść w 20 sekund 15 jajek za 50 dolarów? Kubeł na „małe conieco” wliczony w koszta oczywiście.
Jeszcze kilka genialnych programów na pewno się znajdzie. Najciekawsze jest to, że tego typu rzeczy się przyjmują i ogląda je multum osób. Za ciosem idą scenarzyści i reżyserzy, prezentując nam takie dzieła jak Ali G, Borat i kilka innych. Zastanawiam się, do jakiego poziomu można się jeszcze zniżyć? Da się w ogóle niżej? Może za kilka lat będziemy się śmiać z uprawiania seksu z kozą i psem? E nie, z psem już robił to Ali G. Pozostają króliki. Jak się mash?